15
paź
09

Wracamy na ziemie…

Juz prawie miesiac w Europie, co niby taka poukladana jest. Powrocilismy. Cali i chyba zdrowi. Planowo i zaczynamy dzialac coraz sprawniej.

Sa tez przykre informacje, gdyz Krzysku utracil swoj sprzet fotograficzny, ktory to zostal skradziony nie wiadomo jak i gdzie, w kazdym razie na trasie Ica-Lima w autokarze przedsiebiorstwa Flores. Siedzielismy sobie cichutko ogladajac filmy z Denzelem Washingtonem, podczas gdy plecak wraz ze sprzetem spoczywal jak zwykle na gornej polce. Tlok w autobusie stwarzali sprzedawcy orzeszkow i prazonego tluszczu, ktorzy to swe produkty wieszaja na skraju polek. I przesuwaja, chyba wraz z bagazami pasazerow. I tak tez zostal oprozniony Krzyskowy plecak (2 aparaty plus obiektywy). I lzy w oczach, gdy doszlo do odkrycia.

Udalo sie nam uzyskac od przedsiebiorstwa przewozowego Flores liste pasazerow (poziom adrenaliny kazal mi do pani za biurkiem mowic po polsku), z ktora udalismy sie na pobliski posterunek policji. Tam zostalismy wprowadzeni do ogolnego pomieszczenia przesluchan, gdzie mielismy szanse uslyszec zeznania zakutego zlodzieja z bardziej hardkorowa wersja lima pod okiem. Gdy juz nadeszla nasza kolej, pan policjant wpisal zeznania do zeszytu formatu A4 i poinformowal nas, ze listy pasazerow weryfikowac nie bedzie, gdyz wielce prawdopodobne jest, jakoby falszywe dane zostaly podane.

To samo zeznanie zlozylismy tez na policji turystycznej, ktora podeszla troche profesjonalniej do calej sprawy i Krzysku otrzymal kopie zeznan (do ubezpieczenia) i porade, gdzie paserzy dokonuja dystrybucji kradzionego sprzetu. Spedzilismy tam caly dzien i dzika piana kapala nam z pyskow, gdzyz sprzedaz kradzionych aparatow i teleobiektywow jest na porzadku dziennym. Maniocze wykorzystal swoj spryt i jest teraz w posiadaniu jednego z ukradzionych aparatow. Jak do tego doszlo? A, to juz material na film sensacyjny…

Pozegnalismy Lime podreczna piersioweczka peruwianskiego rumu i rano wraz z bagazami, w tym strzalami, lukiem i 3 dzidami zapakowanymi w czarna rure o wysokosci prawie 2 m. Na lotnisku nie bylo zadnej kompetentnej osoby, ktora moglaby nam udzielic informacji, czy piora na strzalach lub drewno, z ktorego wykonana jest owa artesania nie pociagna za soba jakiegos aresztowania tudziez kary pienieznej. Wiec nadalismy bagaz, wlezlismy do samolotu i poczelismy czekac na kolejna przygode, ktora nastapila podczas miedzyladowania w Caracas. Mianowicie tuz przed odprawa z glosnikow dal sie slyszec glos wzywajacy Maniocze do stawienia sie jak najpredzej w niewiadomym celu. Odizolowano go od reszty pasazerow i kazano czekac na szczegolowa kontrole bagazu. Czyzby orle piora mialy zaprowadzic go do wiezienia? A moze ktos do niezabezpieczonego klodka ni zewnetrzna torba plecaka wrzucil kokaine?

Kilku olbrzymich panow i panie celniczki przejely Krzysztofa M. i wprowadzily go pod lotnisko, gdzie rozbebeszyli wspolnie misternie zapakowany plecak. Podejrzenie wzbudzila butelka wypelniona nene, czyli indianska tabaka. Wykonano testy na zakazane substancje, poprzekluwano torebki z kawa i herbata i po 40 minutach wypuszczono spoconego jak szczura podejrzanego na wolnosc.

Reszta podrozy uplynela spokojnie i milo (filmy i drinki). Irlandia przywitala nas widmem bezrobocia i pierogami ulepionymi przez Agnieszke – siostre Maniochy.

Teraz wrocilismy juz do normalnosci. I snimy o kolejnej wyprawie rzecz jasna.

wracamy na ziemie

14
wrz
09

węgorek niszczyk czy tęgoryjec dwunastnicy?

Boliwia zaczyna roztaczac przed nami swoje uroki i drogi w fatalnym stanie, jesli juz sa kryte asfaltem (25% ma takie udogodnienia). Jedziemy do najwyzej polozonej stolicy swiata, czyli do La Paz. La Paz to jeden wielki korek uliczny, osnuty spalinami. Hostele w tej “taniej” Boliwii drozsze niz w jakimkolwiek miejscu w Peru, ale za namowa napotkanej turystki udajemy sie do zachwalanego przez Lonely Planet hostelu Loki. Pod prysznicem goraca woda, wygodne wyra, czysto, Internet, sniadanie w cenie. Czego chciec wiecej?

Wreszcie sie wysypiamy, ale postanawiamy zostac dzien dluzej, i przed 10 rano, zgodnie z uzyskana informacja potwierdzamy to na recepcji. Jednak na recepcji dowiadujemy sie, ze na nasz pokoj pojawila sie rezerwacja. Oczywiscie nie dajemy za wygrana! Gdy juz wywalczamy kolejna dobe  udajemy sie na hostelowy Internet. Najpierw czekamy w kolejce i sluchamy, jak brytyjska nastolatka kloci sie na caly glos przez skype ze swoim chlopcem. Jak dopadamy sie do komputerow to wyskakuja nam wirusy, albo gasna monitory, tak, ze informacji z kraju nie mozemy przeczytac porzadnie. Jednak innym mieszkancom hostelu to nie przeszkadza. Gdyz oni maja swoj portal spolecznosciowy, na ktorym spedzaja swoje wakacje w Ameryce Poludniowej – wszyscy, ale to absolutnie wszyscy siedza na Facebooku i przekrzykuja sie od komputerow: “ADD ME AS A FRIEND !”. Niewiarygodne! Poza tym w calym hostelu ani jednego zdania po hiszpansku, wszytko po angielsku! W barze serwuja Guinessa. Oto Boliwia dla anglojezycznego turysty.

La Paz jest glosne i pagorkowate. Dyszymy na podejsciach i na widok kanapek z chorizo (lokalne kielbasy). Nasluchalismy sie troche o tym, jakie to pyszne sa steki z alpaki, a tu co budka to wszytko przygotowane bez uzycia soli i pieprzu. Pozniej pozywienie to zaowocauje nowym rzutem robakow w jelitach. Dla mnie to pierwszy raz, bo ani woda z rzeki, ani ryby z wnetrznosciami, ani mieso z kapibary zarobione na al dente, nie przyniosly mi takich przyjaciol.

W Boliwii mamy misje, aby pojechac na wycieczke po pustyni, zobaczyc najwiekszy salar na naszej planecie, wiec powoli udajemy sie na poludnie. Najpierw jedziemy do Oruro, gdzie w kazdej knajpie serwuja kurczaka z frytkami i ryzem, co chyba ma byc ekwiwalentem surowki. Na lokalnym targu cuchnie psujacym sie miesem, babcie przy uzyciu krzyza i kart tarota zagladaja w przyszlosc. Wyruszamy wiec pociagiem o mylacej nazwie Expres del sur do Uyuni. W Uyuni o polnocy atakuja nas naganiacze. Idziemy spac, a rano zamawiamy sniadanie, ktore okazuje sie byc sokiem z kartonu (50% zawartosci kwasu askrobowego) i bulkami z zeszlego tygodnia. Ach Boliwio, czemu chcesz nas nakarmic tylko pizza za 40 pln?

Zoladki zaczynaja zyc wlasnym zyciem, a my przeciez musimy znalezc wycieczke na Salar Uyuni. Poznajemy 2 niemieckie dziewczeta i nastepnego dnia razem z nimi i jeszcze 2 pasazerami, kierowca i pania kucharka wyruszamy na wycieczke. Zaczynamy od cmentarza pociagow, gdzie z calej Boliwii trafialy sfatygowane maszyny parowe. Ladne toto, ale zaczyna rzucac pustynnym piachem, wiec napredce ladujemy sie do jeepa. Potem mkniemy na salar, gdzie wszystko jest biale i slone, a sol peka na ksztalt latek  pilki do gry w  noge. Sprawdzaja sie 2 pary spodni zalozone jedne na drugie. Potem objazdowka na wyspe porosnieta olbrzymimi kaktusami i pierwszy normalny posilek w Boliwii (dziekujemy Ci Alicjo). Krazymy jeszcze troche po pustyni, podziwiamy biegajace dookola mieso wikunii, ktorych zastrzelenie moze zaowocowac 5 latami wiezienia. Pierwsza noc spedzamy w alojamento zbudowanym z soli, myjemy sie w wodzie podgrzewanej bateria sloneczna. Chlopcy z Nowej Zelandii i Australi, czyli z Oceanii puszczaja anglojezyczna muzyke, dziewczyny z Niemiec komentuja: ale to zabawne, wszyscy mamy iPod-y. Hahaha.

Nastepnego dnia kontynuacja. Widoki zapieraja dech w naszych wychudzonych piersiach: kolorowe laguny pelne flamingow, gorace gejzery tryskajace siarka (na wysokosci 5000 m npm – poruszamy sie ociezale jak wrzuceni do gara z kisielem), gorace zrodla na srodku pustyni.  Cieszy nas ta wycieczka, jest wspaniale zorganizowana, pozywienie jest smaczne. Jednak drugi nocleg z temperatura 7 stopni Celcjusza w dormitorium jest przesada. 3 spiwory, 2 koldry, koc a i tak nie mozemy zmrozyc oka. Nastepnego dnia jedziemy odwiezc naszych towarzyszy do granicy z Chile, ktora znajduje sie na pustyni (w Boliwii widzimy chyba tylko pustynie). Potem zaczynamy zalowac, ze i my nie wyskakujemy na tym przystanku. Ale co sie odwlecze to nie uciecze…

Kierowca pedzi po kamieniach i ogolnie pojetej pustyni, 2 razy lapiemy gume, wymiana kola zajmuje 2 minuty. Nasz kierowca to zuch chlopak. Poznym popoludniem jestesmy z powrotem w Uyuni, skad o polnocy odchodzi oslawiony “ekspres” do Oruro. Bilety zakupil nam pan z agencji, gdyz nam sie to nie udalo (pan sprzedawca biletow przybyl 15 min pozniej od planowanego otwarcia kasy, usiadl na krzesle, poprawil rekawy, pogrzebal w szafce, wlaczyl radio, poprawil sie na krzesle, w tym czasie turystom z ust poszla pierwsza porcja piany, przyjal jednego petenta i wyszedl zza biurka; jako ze zaraz mielismy jechac na wycieczke, udalismy sie za nim, do biura szefa stacji, gdzie uzyskalismy cenna informacje – system sprzedazy biletow nie dziala – druga porcja sliny z ust). Pociag jest czysty, toalety lepszego gatunku niz te z PKP, jednak o ogrzewaniu nikt nie pomyslal. Krzysku zaklada dodatkowa, trzecia juz pare spodni, ja spie w kurtce, czapce i rekawiczkach, przykrywamy sie spiworem. Rankiem jestesmy juz w Oruro i dramatycznie chcemy wydostac sie z Boliwii – tak dramatycznie, ze nawet nie jemy sniadania, tylko wsiadamy w autobus do Chile. Na granicy dokladnie przeswietla nasze plecaki, bo produktow spozywczych wwozic nei mozna, a w mym plecaku liczne opakowanie yerba mate. Mezny Krzystof M. bierze na siebie moj bagaz i pomaga panu celnikowi rozbebeszyc szmaty. Pan celnik dostrzega w jednym z opakowan zawartosc jakze groznego dla zdrowia i niebezpiecznego skladnika, jakim jest aromat miodu, ale jakos udaje sie nam przejechac.

W Chile ladujemy w miescie polozonym najblizej granicy z Peru – Arice. Brak slumsow na przedmiesciach, wykoszona trawka wysokie ceny. Taka Europa Ameryki Poludniowej. Na szczescie pozywienie na targu jest smaczne, ale jakos tak chcemy z powrotem do Peru. Wiec tak czynimy, bo czas najblizszy zawijac nam loki i wracac do domu…

Troche widoczkow:

01 canon colca

 

02 canon colca

 

03 puno

 

04  copacabana

 

05 isla del sol bolivia

 

06 salar uyuni

 

07 salar uyuni

 

08 salar uyuni

 

09 salar uyuni gejzer

 

10 salar uyuni banos termales

13
wrz
09

Jedziemy na wycieczke

Natura, natura, natura. Czas poznac nam inne obszary Peru, bo to tak zroznicowany kraj, ze hej. Od nisko polozonej, lecz nie plaskiej dzungli, po wysokie Andy. Postanawiamy skorzystac z tych urozmaicen przyrody i wykupujemy busowy tour do Kanionu Colca. 4 godziny tluczemy sie busikiem po drogach, co oczywiscie sa w ksztalcie serpentyn. Po drodze laguny, pasace sie symbole Peru, czyli lamy. Obok siedzi troszke puszysta Peruwianka, czyli tzw. gordita. Pochrupuje cos przez cala droge, zaopatrzona jest w reklamowke z bulkami. Jak sie pozniej okazuje ma cala, recznie spisana liste produktow zywnosciowych z poludnia, ktore musi sprobowac, co wlasnie czyni nieprzerwanie. Tak docieramy do Chivay, gdzie agencja zabiera nas na gorace zrodla – czas limitowany – 1 h. Masa turystow, nasza przewodniczka nas szuka, bo oczywiscie nie wyrabiamy sie z wygrzaniem zmarznietych kosci (zimno, zimno, coraz zimniej). Potem tzw. show dla turystow, czyli tance ludowe, polaczany z kolacja w drogiej knajpie, gdzie jedzenie nawet wyglada niesmacznie. Zamawiamy po drinku, a tam alkoholu brak. Wiec nasze nowo poznane kolezanki z Limy, lekko poddenerwowane brakiem smaku potrawy, ktora zamowily, namawiaja nas do zlozenia reklamacji. Krzysku idzie do baru z dwiema pustymi szklankami i informacja, ze drink to raczej bezalkoholowy byl. Dostajemy w ramach rekompensaty po kolejnym, tym razem procentowym. Nie wiem czy to by w Polsce zagralo. Niewazne. Idziemy spac do hostelu, o ktorego rezerwacje zadbala agencja. Zimno jak cholera, spimy pod 4 kocami, bo tu sie pierzyn nie praktykuje. Obiecanej cieplej wody nie ma, na sniadanie dostajemy po pustej w srodku bulce i wyruszamy do Kanionu Colca. To drugi najglebszy kanion na swiecie, ktory jest 2 razy glebszy od jakze slynnego Kanionu Colorado. Bogaty jest tez w akcenty polskie, gdyz jego pierwsze przeplyniecie zostalo dokonane wlasnie przez naszych rodakow. Wspaniale!

Sama droga zapiera dech w piersiach. Nie chodzi tu tylko o przepiekne widoki, ale o kierowce, ktorego nie porusza brak asfaltu i pedzi co sil w silniku. Krzysku protestuje i troche zwalniamy. Poza tym dostajemy irytacji, bo na punktach widokowych po 10 minut, ale w knajpach mamy spedzac po 3 h. O nie!

Po wycieczce powracamy do Arequipy, a nastepnie udajemy sie do Puno lezacego nad Jeziorem Titikaka (znane z plywajacych wysp). Widok z gory na miasto przepiekny, ale w centrum to oprocz lokali gastronomicznych jest niewiele do zwiedzania. Im blizej granicy z Boliwia, tym drozej (masa turystow slepo podazajaca za przewodnikami). My za rada polskich turystow jedziemy do taniej Boliwii. Na granicy pan celnik po stronie boliwijskiej odsyla nas do Peru – przekroczyliscie 3 miesiace (mozemy w Peru jako turysci przebywac 6) i bedziecie miec problemy – grozi. Poslusznie drepczemy z powrotem do Peru, gdzie wbijaja nam pieczatke i informuja, ze jeszcze kilku dni do 3 miesiecy pobytu brakuje. Na granicy poznajemy dwie Estonki – Anu i Haidu (czy Haiku) i bierzemy takse do Copacabany, idziemy zjesc po pstragu i instalujemy sie w hostelu z “hot showers”, z ktorych leci co najwyzej letnia woda.

Copacabana nie ma nic wspolnego z brazylijska plaza, wieczorami czapka na leb i welniany skarpet. W lokalnych restauracjach zupa z paczki i niedogotowane warzywa. Cena kawy przekracza ceny w naszej ojczyznie.

Ale, ale 2-dniowa znajomosc z Estonkami owocuje. Jedziemy razem na wycieczke boliwijska taksa zobaczyc plywajace wyspy (zbudowane specjalnie na potrzeby turystow, ale o tym w informacji turystycznej nie powiedzieli). Boliwijska taksowka polega na placeniu od pasazera, dopoki sie miejsce w bagazniku nie skonczy (autka typu combi). Dogadujemy sie z taksowkarzem na 12 boliwianow, by nas zawiozl do wysp, a ten sie zatrzymuje na polnej drodze i kaze sobie doplacac. Wschodnioeuropejska agresja daje o sobie znac i walczymy dopoty, dopoki nas nie zawozi w umowione miejsce.

Wreszcie czujemy jakas wiez z poznanymi po drodze ludzmi i mozemy poruszyc wiecej tematow, niz, ze w Cuzco jest nice. Nasze nowe kolezanki tez tesknia za smalcem i kiszonym w reke. Wieczorami popijajac rum wspominamy radzieckie wojska stacjonujace w naszych krajach i imitacje lalki Barbie, czyli Lize, ktorej nie chcialy sie zginac nogi w kolanach (pamietam jak tata zrobil mi z kartonika po niej lampion na roraty). Sentymentalnie nam.

Copacabana to miejsce wypadowe na Isla del Sol, wiec wykupujemy wycieczke . Wstajemy rano, konsumujemy sniadanie i idziemy na przystan. Pusto tak jakos. Okazuje sie, ze spoznilismy sie godzine, gdzyz nie zmienilismy czasu z peruwianskiego na boliwijski. Ruszamy wiec nastepnego dnia. Wyspa jest piekna. Pagorki i jeszcze raz pagorki, plaze i ruiny. Mamy troche malo czasu jak na 4-h spacer na wysokosci 4000 m npm, gdyz glownie charczymy i stekamy, a to dlatego, ze  tlenu w powietrzu niewiele, a trzeba sie spieszyc z wedrowka na druga strone wyspy, z ktorej mamy odplynac z powrotem do Copacabany. Poznajemy polskie misjonarki, jest okazja by troche pogawedzic w ojczystym jezyku. Ledwie nadazamy na odplyw naszej lajby.

30
sie
09

Ciastek i kawy!

Punkt kulminacyjny wyprawy juz minal i ciagle oswajamy sie z tym, czego doswiadczylismy w dzungli. Potrzebujemy jeszcze troche czasu, ale sa takie chwile, ktore byly mile i nie mialy nic wspolnego z czajacymi sie pod woda krokodylami. Odkrylismy nowe smaki (w tym herbaty slodzonej cennymi cukierkami, Maniocze po jej wypiciu zwymiotowal), nauczylismy sie lowic ryby za pomoca zylki i haczyka, w czym Krzysku okazal sie mistrzem - dwie zlowil za grzbiet wzbudzajac podziw nawet u Indian. Udalo nam sie zaprzyjaznic z trzema dziewczynami z sasiedztwa - plywalismy razem na ryby, potem je czyscilismy, jedlismy, spiewalismy – kazdy po swojemu (furore zrobily polskie koledy w mym wykonaniu). Jednak bliskosc osiagnela apogeum, gdy iskaly mnie z wszy na centralnym placu wioski. Jednym slowem – bylo i milo. Raz na rybach zaczepil sie nam haczyk o jakies podwodne chaszcze i sprytna lokalna dziewuszka w ubraniu zanurkowala w brunatna rzeke ratujac cenny osprzet wedkarski. Nowe kolezanki byly mi tez chetne do pomocy przy praniu, ktore mnozylo sie w sposob niemilosierny przez okrutne warunki klimatyczne, powodujace wzmozone wydzielanie potu.

Takich chwil, ktore szczegolnie zapadly nam w pamiec bylo wiele. Pamietam, jak ciocia Patrycja w Ayushacku przyniosla nam po polowce pysznej, dojrzalej, soczystej papai z wbita w srodek lyzka. Wyobrazcie sobie, ze od 3 tygodni nie opuszcza Was uczucie glodu, a tu nagle jak u babci na wakacjach, czyli totalne przejedzenie.

Innym razem, gdy Krzysku niefortunnie wbil sobie rybi kolec w palec, dziewczeta napredce zrobily mu oklad z rybich flakow (podobno pomaga tez przygryzienie ogona), a lowiacy nieopodal chlopcy, chyba z litosci, obdaraowali nas 4 dorodnymi sztukami.

Im bardziej patrzymy na wyprawe do Indian z dystansu, tym bardziej doceniamy wartosc tego doswiadczenia.

Po przygodach w dzungli nie mamy ochoty na przygody:-). Chcemy ciastek i kawy, wiec jedziemy do Arequipy, czyli do bialego miasta Peru, otoczonego przez wulkany. Jest slicznie. Ciastka sa dobre, jest czysto, w hotelu kablowka. Trwa fiesta, wybieramy sie wiec na festiwal tancow ludowych, niby to krajow Ameryki Poludniowej, ale jest tez polski akcent (2 zespoly z naszymi narodowymi tancami). W porownaniu z powalajacym na kolana tangiem argentynskim, ktorego zadni uczestnicy Tanca z gwiazdami nie sa w stanie skutecznie zaimitowac, wypadamy troszke blado (brak pazura).

Poza tym miasto i okolice slyna z pikantnego zarcia (slynne rocotto relleno, czyli papryczki nadziewane miesem, warzywami i lokalnym serem). Dla mnie za ostre. No i najpiekniejszy targ jaki do tej pory widzielismy – z sokami, suszonymi zwierzetami do przyzywania duchow i uprawiania czarnej magii i zapachem ziol na stoiskach miesnych. Czy to jest jeszcze Peru?

W miedzyczasie doswiadczamy bogatych objawow soroche, czyli choroby wysokosciowej. Bola nas glowy, kreci sie nam we lbach, nie mozemy oddychac, z nosa cieknie krew (na tych wysokosciach pekaja naczynka krwionosne, bo to juz prawie 4000 m npm).

Festidanza:

_MG_8328

 

_MG_8420

 

_MG_8454

 

_MG_8507

 

_MG_8578

 

_MG_8609

 

_MG_8677

25
sie
09

strach ma oczy kaimana

Ponizej relacja z kilku ostanich dni spedzonych wsrod Indian. Krzysku wprawdzie  zdazyl juz wyslac maila znajomym, ale nie wszyscy wiedza o naszych dramatycznych przygodach. A wiec oddaje glos Maniocze:

Jestesmy ciagle w dzungli i to juz maja byc cztery ostatnie dni. Przyplywamy do kolejnego pueblo, ktore zwie sie Cashispe. Jestesmy zmeczeni uzeraniem sie z Indianami o benzyne, ktora notorycznie kradna (chociaz Oni mysla ze pozyczaja… pewne roznice kulturowe sa nie do pokonania). Jestesmy zmeczeni tropikalnym upalem, ktory wysysa z nas energie oraz naszym przewodnikiem ktory in the end of the day bierze ostatnia czesc kasy i olewa nas rowno, jadac do Angamos na tydzien, chociaz nam mowi, ze jedzie na dwa dni. Generalnie jestesmy wykonczeni i podkurwieni. Mamy dosyc, chcemy jechac i zjesc kanapki z cebula.

 

A wiec przybywamy do Cashispe, kolejnej koloni Matzesow. W pueblo poznajemy Chaco. Chaco jest sympatyczny wiec zagajamy o to i owo, pytamy sie miedzy innymi czy tu sa piranie i canero (to takie male rybki z hakiem na grzbiecie ktore czasem przez przypadek zamiast innej rybie to czlowiekowi wplyna do srodka i pozniej go od srodka wyzeraja). On mowi ze niewiele, ale nie mozna isc sie myc do rzeki w nocy, bo jest bardzo duzo kaimanow; kaimanow czyli krokodyli (aligatorow?).

 

Pokazuje nam skore jednego ponad poltorametrowego i mowi, ze wieczorkiem wyrusza na polowanie, bo tylko w nocy poluje sie na kaimany (swieci sie latarka po rzece, kaimanowi blyszcza oczy jak kotu, podplywa sie, wbija trojglowy harpun i wyciaga kaimana z wody, ot takie to proste). Wiec ja podekscytowany pytam, czy mozemy pojechac z nim na ow polow, on ze tak. Cudownie!

A wiec wyplywamy za dwie godziny.

O umowionej godzinie spotykamy sie z Chaco, ja daje mu pol galona benzyny wczesniej wydartej po ostrej klotni z naszym przewodnikiem i plyniemy. Jest pelnia ksiezyca, a my plyniemy cichutko uzywajac tylko wiosla, zeby nie wystraszyc naszej ofiary. Plyniemy i plyniemy. Plyniemy i swiecimy. I nagle Jaslan krzyczy szeptem:  JEEEST!  TAM SIEDZI W KRZAKACH!

Ja nie widze nic, ale Chaco to potwierdza, zmienia kurs i zaczynamy plynac w poprzek rzeki. Ja dalej stoje na dziobie z harpunem chociaz nawet nie wiem gdzie takiego kaimana uderzyc trzeba.

I nagle! Nurt rzeki w tym miejscu jest duzo mocniejszy, a my skoncentrowani na aligatorze wpadamy na niewidoczne w nocy pale wystajace z wody. Indianska niewielka piroga przechyla sie i nabiera wody. W kilka sekund wszyscy ladujemy w wodzie trzymajac sie pali i jednoczesnie lodzi, ktora wraz z ciezkim motorem juz jest cala pod woda. Stoimy w tej wodzie, Chaco nas uspokaja, ze tu tylko male sztuki plywaja, chociaz kilka minut wczesniej opowiadal o starej Indiance pozartej przez kaimana. Ale rozumiemy go, ta lodz i silnik to wszystko, co posiada. 

A wiec trzymamy sie tych pali i staramy sie jak najszybciej wyciagnac lodz. Po kilku albo kilkunastu minutach udaje nam sie jakos tak usadowic, ze ja z Jaslan jestesmy z tylu lodzi. Ja stoje na palu i z wielkim wysilkiem udaje mi sie troche ponad powierzchnie wody wyciagnac motor i tyl lodzi. Bozenka siedzi troche wyzej i trzyma przedluzona turbine peke peke na ramieniu, a Chaco zapierajajac sie nogami o pal pod woda, wyciaga przod i wychlapuje reka wode. Akcja trwa w nieskonczonosc, a ja czuje, ze pal jest coraz bardziej sliski. W pewnym momencie trace rownowage i wpadam do wody. Wyplywam na powierzchnie, Jaslan chce mi pomoc a ja czuje, ze prad rzeki jest zbyt silny i ze po prostu nie daje rady.

I teraz scena z Titanica: Ona wyciaga reke i krzyczy Krzysiu! A ja w pewnym momencie slabne i odplywam w tzw. piezdu.

 

Odplywam i juz mam obraz aligatora ktory podplywa do mnie i mnie pozera. Odwracam sie i widze jakies galezie wystajace z wody, wpadam na nie i tak zaczepiony tkwie po szyje w wodzie, a mysl o aligatorze ktory gdzies tu jest odsuwam jak natretna muche. Boje sie i modle sie. Modle sie i cala swoja uwage skupiam na modlitwie. Widze, ze Chaco dalej wychlapuje wode i ze za dwie lub trzy minuty razem beda w stanie wsiasc do lodzi. Dla mnie ten czas wydluza sie w nieskonczonosc. W koncu wsiadaja i wioslujac rekoma i jakims cudem uratowana maczeta podplywaja do mnie. Wchodze dziobem lodzi tak, zeby jej nie wywrocic i po kilku sekundach jestesmy uratowani.

 

Podplywamy do brzegu, Chaco wycina maczeta po palu dla naszej trojki tworzac jakby wiosla i tak wracamy do domu. Mokre paszporty i wszystkie pieniadze rozkladamy, zeby wyschly. Dlugo nie mozemy spac i modlimy sie goraco dziekujac Bogu, ze wszystko dobrze sie skonczylo.

 

Nastepnego dnia o swicie mamy isc z polowa wioski na polow ryb, gdzie uzywana jest trucizna po ktorej ryby zachowuja sie jak pijane i latwo je wyciagnac z wody. Chce to zobaczyc i sfotografowac. Widzialem juz polow ryb przy uzyciu barbasco, ale ta trucizna jest inna, ta nie zabija ryb. Bozenka nie czuje sie na najlepiej, boli ja glowa, prosze ja, zeby zostala i odpoczela po ostaniej nocy, ale ona nie chce i plyniemy razem. Doplywamy do czesci dzungli, gdzie rzeczki sa plytkie i trucizne mozna uzyc, wysiadamy z lodzi i z grupa jakis pietnastu czy dwudziestu osob idziemy przez las.

Idziemy i idziemy. Jaslan jeczy, ze ma zle przeczucia, a ja staram sie ja uspokoic, ze juz wszystko dobrze, ze obydwoje jestesmy ciagle w szoku po tym co sie stalo niecale dwanascie godzin wczesniej. 

I tak idziemy, ona w sandalach, ja w polbutach i krotkich spodenkach bo wszystkie ciuchy mokre a Indianie standardowo na bosaka. Kaloszy juz nie mamy, gdyz we wczesniejszej wiosce ja robie interes zycia zamieniajac swoje kalosze na naszyjnik z zebow malpy, a Bozenka z dobrego serca oddaje swoje Indianinowi z wbitym w stope kolcem.

Idziemy i idziemy. Idziemy w srodku grupy, bo najbezpieczniej. Idziemy bardzo waska drozka i pewnym momencie ostania osoba z grupy krzyczy: WAZ !

Jak sie okazuje wszyscy przeszlismy obok ukrytego pod lisciem weza – dopiero ostatnia osoba go zauwazyla!  Waz siedzi kilkanascie centymetrow od owej drozki i siedzi tak, ze od strony od ktorej przyszlismy nie mozna go bylo zauwazyc! Jak podchodze blizej, zeby to sfotografowac nie moge uwierzyc, ze waz ktorego jad zabija w kilka godzin i ktory, jak mowia miejscowi, nie nalezy do tych ktore uciekaja, ale raczej atakuja siedzi tak blisko drozki!

Jeden z mezczyzn bierze grubego draga i calej sily uderza weza. Wali jeszcze raz, a potem miazdzy mu glowe, zeby sie upewnic, ze ten nie zyje. Ludzie pozniej mowia, ze to cud ze nikt nie zginal, a my juz z coraz mniejsza ochota idziemy dalej w las.

 

Jaslan czuje sie coraz gorzej, ma goraczke i biegunke z krwia, wiec tego samego dnia wyruszamy do Angamos i dzieki Bogu okazuje sie, ze nastepnego dnia w piatek jest lot do Iquitos.

 

Teraz tak sobie mysle siedzac w kafejce internetowej i patrzac na ta cala historie bardziej calosciowo, ze to wlasciwie jedyny raz podczas calego pobytu, kiedy reaguje dosc agresywnie i kaze sobie oddac cala benzyne, nawet ta z motoru. Pozniej ta benzyne daje cala Chacowi jak plyniemy na kaimany, ktory nawet ani razu jej nie uzywa, bo wpieprzamy sie do wody. Alejandro, syn naszego przewodnika, ktoremu wlasciwie zebralo sie za starego i z ktorego to motoru kaze sobie przelac benzyne, pozniej podobno w nocy plynie oswietlajac sobie droge latarka. Musi byc wsciekly i pewnie zyczy nam jak najgorzej, a ta benzyna nie sluzy nikomu tylko wywojuje splot zlej energi.

 

A moze to po prostu dzungla chce nam dac sie dobrze zapamietac dajac nam lekkiego klapsa (bo przeciez nie giniemy tylko zyjemy!) i pokazuje, ze nie jest kurortem wypoczynkowym w Hiszpanii, ale innym swiatem gdzie inne zasady obowiazuja.

 

K.M.

24
sie
09

Demokracja po indiansku

Zycie w Estironie toczy sie powoli – od wschodu do zachodu slonca, ktory nastepuje okolo godziny 18 (trwa dokladnie 12godzin). Dogorywamy w hamakach i obserwujemy jak to zycie wyglada. Patrzymy na Daniela, ktory oprocz tego, ze jest jefe wioski tez glownie buja sie w hamaku. Gdy sie nie buja to organizuje reunion, czyli spotkania miejscowej ludnosci. Na poczatku naszego przyjazdu zostajemy zaproszeni na takie spotkanie – i tu popelniam pierwszy blad – siadam na laweczce gimnastycznej, zamiast na ziemi – razem z reszta kobiet i dziecmi. Gdyz miejsca honorowe sa tylko dla mezczyzn. Jestesmy zmuszeni do powiedzenia kilku slow o sobie, rowniez w ojczystym jezyku, poniewaz mieszkancy chca nas po prostu uslyszec. Za drugim razem nie jest tak zle – na spotkaniu rozdzielane sa prezenty. Siedze na podlodze, a Patrycja chce mnie nauczyc miejscowego jezyka i lapie za piers tlumaczac – shuma, po czym, w obecnosci calej wioski, lapie za sutek i mowi shuma debiate, czyli w wolnym tlumaczeniu nos piersi. Powoli zaczynam sie przyzwyczajac, w koncu jestesmy wsrod Indian.

Jest lipiec, pora sucha, czyli najmniej deszczowa. Mezczyzni przygotowuja nowe pola uprawne. Wszystko rozpoczyna sie od znalezienia w dzungli dobrej ziemi. Najpierw wszyscy mezczyzni z wioski jak jeden maz i jedna zona maczetami wycinaja krzaki i liany oplatajace drzewa. Ciezka to jest praca, a to dopiero poczatek bo czekaja na nich ogromne drzewa, pachnace, grube cedry. Wycinka najgrubszych drzew to praca grupowa. Zazwyczaj dwoch mezczyzn, przy pomocy siekier, pracuje, ostro pracuje. W tym samym czasie mlodzi chlopcy (i nie wiedziec czemu Daniel rowniez) nacinaja te ciensze – gdy te wielkie beda z hukiem spadaly, powala te mniejsze. A huk jest naprawde ogromny i poprzedzony nawolywaniem, ze robi sie niebezpiecznie  i wszyscy zaczynaja uciekac, a potem juz tylko lamia sie drzewa i drzy ziemia. W tym samym czasie kobiety oczywiscie gotuja w swoim malym obozie w dzungli. Trudno to sobie wyobrazic, ale jeszcze kilkanascie lat temu, gdy Matsesi nie mieli siekier, pracowali przy pomocy ostrych kamieni i ognia nadpalajac drewno.

Kiedys w ogole bylo inaczej. Dzieci, ktore urodzily sie z wadami byly zabijane, spozywano tez szczatki zmarlych. Dzis juz sie tego nie praktykuje. Teraz Matsesi czerpia wzorce z miejsc cywilizowanych i maja wlasna odmiane demokracji. Polega to na tym, ze osoby, ktore ukonczyly 18 rok zycia, w tym laskawie dopuszczane kobiety, glosuja na szefa wioski. Zazwyczaj jest to ktos z rodziny, preferencyjnie osoba poslugujaca sie sprawnie jezykiem hiszpanskim, co ulatwia kontakty ze swiatem zewnetrznym. Demokracja nie funkcjonuje jednak zbyt sprawnie, o czym mielismy okazje sie przekonac podrozujac w przeciekajacej peke-peke do Buenas Lomas Antigua. Daniel olal nas i pojechal do Angamos zostawiajac z Alejandro i Miguelem, ktorzy zapomnieli polaczyc sie przy pomocy radia z jedna wioska, co jest po drodze. I jak juz plynelismy Miguel laskawie poinformowal nas, ze istnieje prawdopodobienstwo, ze nie zostaniemy przepuszczeni przez Buenas Lomas Nueva, ale jako ze mamy kartke z zezwoleniem od prezydenta Angela, to na pewno nie bedzie problemow. Wiec plyniemy tak z 10 h, zmieniajac sie przy wylewaniu wody z lodki, a tu pstro. Szef Buenas Lomas Nueva nie chce nawet z nami rozmawiac. Kiedy pokazujemy mu kartke od Angela, twierdzi, ze to falsyfikat i kaze nam zawracac najpozniej o 6 rano nastepnego dnia. Spojrzenia miejscowych tez nie naleza do najsympatyczniejszych. Pozniej dowiadujemy sie od Daniela, ze szef ten, zachlysniety wladza, powiedzial, ze jesli jeszcze raz bedziemy probowali przedostac sie przez Buenas Lomas Nueva, po prostu nas zabije. Milutko… Buc to jest nie lada, gdyz jakis czas temu, gdy lekarze probowali pomoc chorym dzieciom, nie zezwolil, by weszli na teren pueblo. Takie to skutki demokracji po indiansku.

18
sie
09

Nie slyszalem – sralem

Matsesi nie maja dobrych uzywek. Oprocz nene, ktore daje watpliwa przyjemnosc, uzywaja sapo. Wedle ich wierzen, substancja ta oczyszcza i napelnia energia. Jak? Oto zagadka! W kazdym razie uzywaja go mezczyzni, ktorzy potrzebuja sily gdy ida na polowanie. A sapo im te sile daje – dzieki niemu nie odczuwaja glodu, zwieksza im sie koncentracja i sila. Jesli polowanie bylo nieudane, z pewnoscia wroca do obozu, by zaaplikowac sobie te cudna uzywke. Kobiety i dzieci, ktorzy przejawiaja oznaki lenistwa, rowniez korzystaja z tego dobrodziejstwa. Pieciolatek, ktory bierze sapo  nie wywoluje zadnej sensacji (patrz Persi).  A uzywka to nie lada gradka, bo zeby ja otrzymac najpierw trzeba zlapac wielka, zielona a przede wszytkim trujaca zabe. Plaz ten nie jest dotykany reka, gdyz kontakt z najmniejszym zadrapaniem na skorze moze wywolac ostra reakcje. Jaka? O tym juz za chwile.

W kazdym razie zaba jest przywiazywana za konczyny w pozycji horyzontalnej do palikow wbitych w ziemie, czyli w grunt. Przy pomocy patyczka draznione sa wszelkie mozliwe otwory w ciele biednego zwierzecia. Powoduje to wydzielanie sluzu przez cala powierzchnie skory, ktory zbierany jest na mikrolistewke, a potem odstawiony na conajmniej miesiac, by stracil troche mocy. A odstane do lagodnych tez nie nalezy.

A wiec wstajemy o 6:30 zbudzieni przez telefon komorkowy z zaoszczedzona bateria, coby date i godzine od czasu do czasu moc sprawdzic. Szybkie siku i po sutej misce czapo, co ma na celu wypelnienie naszych pustych ostatnio zoladkow, ktore i tak zaraz zostana oproznione.

Wygladam przez drzwi a tu juz wuj Cesar spluwa na deszczulke, by pobudzic cudowne wlasciwosci zabiego sluzu. Jeszcze dobrze oczu nie udalo sie nam przetrzec, jeszcze mamy odgniecenia kocy na twarzach, a Daniel z tlacymi kawalkami drzewca zmierza w naszym kierunku.  Krzys jak to Krzys, swiezy film w aparacie i mocne postanowienie zdjec robienia. A tu pstro, bo Cesar jako mezczyzne wywoluje go na pierwszy ogien. Wypala mu 4 kropki przy pomocy tlacego sie patyczka, zdziera zweglona skore i naklada w jej miejsce porcje trucizny. W tym czasie ja, jeszcze niczego nieswiadoma robie zdjecia. Krzys juz wie co to za miod i poslusznie wedruje na stoleczek ustawiony pod drzewkiem, czyli  na stanowisko do wymiotowania. Po 3 porcjach sapo dolaczam do niego z przeklenstwem na ustach. Gdyz cala krew krazaca w ciele pcha sie do glowy, powstaja w skorze jakies nowe pory, przez ktore przesacza sie pot po czym nadchodza okrutne mlosci. I wcale nie jest tak , jak w ksiazce Pawlikowskiej, ze ma sie poczucie jakby sie frunelo, bo Krzysku co najwyzej frunie do el bano, by oddac sie wszechstronnemu wyproznieniu, w  czym przeszkadzaja mu moje portki, ktore go ciasno opinaja (niedobra kobieta nie nadazyla z praniem). Ja tymczasem mam swoj wlasny film na stoleczku, odcinek z cyklu Czy juz umieram?, bo nadchodza wyczekane wymioty zakonczone pozbyciem sie resztek zolci z organizmu. Wszystko to odbywa sie przy akompaniamencie gitary i smiechu rdzennej ludnosci, w tym mezczyzn i dzieci. Gdy  Maniocze  wynurza sie z  kibla jego twarz jest pomnozona razy dwa i nie chce mi sie wierzyc, ze to ta sama osoba, ktora sie tu pod nogami mi platala jeszcze  pol godziny temu. Myslalam, ze to nie jest mozliwe, aby jego nos byl jeszcze wiekszy, a tu okazuje sie, ze ma nieograniczone zdolnosci powiekszania sie. Z przerazeniem dotykam wlasnej twarzy, czy na miejscu aby jest. Zerkam do lusterka, nie chce wierzyc, znowu zerkam, a tu usta jakby z sylikonem swiezo po operacji plastycznej. Tacy odmienieni opadamy na wyro i pozbawieni energii witalnej zapadamy w sen. 

Jakos tak na bialych ludzi sapo troche inaczej podzialalo, bo potem nie chce nam glod przejsc, ale za to nastepnego dnia jest troche lepiej. Moze cudowny efekt zabiej zemsty polega na tym, ze czlowiek pozbywa sie robali z przewodu pokarmowego, ktore przeciez nie pomagaja mu dobrze funkcjonowac (Krzys wie cos o tym). W kazdym razie nasz Lucho ma tez inne sztuczki, ktore przynosza podobny efekt wymiotny - spozywa rosnace w dzungli rosliny. Ja w kazdym razie dziekuje juz za indianskie uzywki…

bj

15
sie
09

Spacerem przez meke

W ciagu ostatnich 30 lat zycie Indian Matses wiele sie zmienilo. Niegdys kilka rodzin zylo w jednym domu, czyli w maloce (shubu tsiqueeaid). Razem jedli, pili, pracowali. Dzis model zycia jest podobny, poza faktem, ze poszczegolne rodziny zyja w oddzielnych domach (shubu), a niektore dzieci mieszkaja same od15 roku zycia. Norma byla tez poligamia. Jednak nie wytniesz korzeni w ciagu kilkudziesieciu lat i wciaz mozna znalezc mezczyzn, ktorzy zyja z wiecej niz jedna kobieta. Przykladem jest Lucho, ktory ma 2 kobiety –  kazda z nich ma osobna kuchnie dobudowana do izby mieszkalnej, a chlop jak to chlop – idzie to do jednej, to do drugiej, w zaleznosci jak mu sie zachce. Jedna z nich jest Marina – poprzednia kobieta naszego gospodarza. A wiec dzieci Daniela z poprzedniego zwiazku i dzieci Lucha z Marina sa dla siebie jednoczesnie rodzenstwem i kuzynostwem. Jesli chodzi o dobor partnera zyciowego, to zwykle rodzine zaklada kuzynostwo z pierwszej linii.

W kazdym razie kiedys plemie cierpialo na zdecydowany brak kobiet, ktore moglyby rodzic dzieci, dlatego wiele znich porwano. Ojciec Daniela i Lucha – Manuel nie jest Indianinem z krwi i kosci – jego mama zostala porwana gdy byla z nim w ciazy. Takich historii slyszy sie naprawde wiele. Nie mam pojecia jak to sie udalo, ale adaptacja porwanych  kobiet i dzieci przebiegla nad wyraz pomyslnie. Plodnosc plemienia jest niesamowita. Sam Manuel ma 29 dzieci z 4 roznymi kobietami. I pewnie nie jest rekordzista…

Nasluchalismy i naczytalismy sie o tradycyjnym zyciu w Indian – czas sprobowac tego miodu na wlasnej skorze.  O siodmej rano pewnego pieknego poranka, spozywszy po 1 platanie wyruszamy do maloki, obozu zwanego ayushaku. To miejsce ukryte w dzungli, skad wyrusza sie na polowania. Danel mowi, ze na 3 dni i wysyla nas ze swoim bratem…

Niewazne to na razie, bo najpierw czeka nas spacer przez selve, a raczej przeprawa, lub jeszcze inaczej – droga przez meke. Rozpoczyna sie ostrym podejsciem pod gore, po ktorym robi sie nam sucho w ustach. Po godzinie mamy dosc, bo dzungla naprawde potrafi dokopac. I nie chodzi tu nawet o owady, ktorych sa tu miliony, ale o fakt, ze w tych morderczych warunkach naprawde musimy walczyc o kazdy krok. Od czasu do czasu Lucho poi nas woda z lian. I generalnie dba o nas bardzo – pomaga nam przejsc przez rzeki i strumienie – scina drzewa i montuje je potem na dnie rzeki, by podczas przepraw bylo sie za co zlapac. Oczywiscie idzie na boso, porusza sie cicho jak kot i jest szybszy od nas jakies 5 razy (a ma 55 lat). Doprawdy wytrawny Indianin -  w jednej rece dzierzy maczete, ktora wycina nam droge, w drugiej strzelbe - oto caly jego bagaz. Idzie przed nami i ten obraz chyba najbardziej zapada mi w pamiec.

Przy podejsciach nawet nie patrze ile jeszcze do szczytu – mysle tylko o tym jednym kroku, ktory wlasnie robie, a potem koncentruje sie na nastepnym. Nie rozmawiamy ze soba – po prostu nie mamy sily. Krzysiowi zaczyna dokuczac bol kolana i ciagnie swojego biednego kulasa za soba. Szczegolne problemy sprawia mu pokonywanie zwalonych drzew, ale nasz Lucho, czyli maestro de todo, zrywa leczniczych roslin i robi oklad na Maniochowe kolano. Za bandaz sluzy mu palmowe lyko. Wedrujemy dalej. Noga za noga…

…az spotykamy innych przybyszow z Estironu: Delicie, ktora jest w ciazy i jej meza. Delicja na jednym reku niesie jedno ze swoich dzieci, do glowy na pasku przymocowane ma garnki i inne dobra. Ona nie potrzebuje pòmocy przy przejsciu przez kladki, bo radzi sobie po prostu doskonale. Zatrzymujemy sie na chwile. Po doslownie 5 minutach jej maz wraca z rybami na obiad. Jemy je w tradycyjnej formie – ugotowane ze wszystkim co im natura do srodka wlozyla. Posileni i pogryzieni przez moskity, sankudos i mrowki ruszamy dalej. Cialo wraz z potem pozbywa sie resztek plynow. Nasze ubrania mozna doslownie wykrecac, po twarzy kapia struzki potu. Plecaki waza chyba tone.

Mokrzy i zmeczeni docieramy do maloki, gdzie instalujemy nasze superniewygodne hamaki z siatki na zakupy, jaka to Marysia z “Poszukiwany, poszukiwana” zabierala ze soba, by cukru na bimber nabyc. Idziemy wykapac sie do rzeki obfitujacej w piranie. Zejscie do niej to wyczyn na osobna opowiesc. Reszte dnia jemy (w koncu papaja, chapo – napoj z dojrzalych platanow) i nastepuje zwis hamakowy. W nocy nie dajemy rady i spimy na klepisku i lisciach palmowych pod nasza cudna moskitiera, ktora pozniej zostanie wymieniona na pleciony hamak. Jest jak na obozie pod namiotem z ta roznica, ze dookola slyszymy obcy jezyk, w tle wyje maly Lincoln i przekrzykuja sie dzieciaki: Persi, Sediz, Fredi, Ugo, Prisilla i Perla.Potem jest czas na opowiesci, kolysanke, a gdy gasnie ogien i pochodnia z lesnej zywicy, rozpoczyna sie istny koncert, swiadczacy o tym, ze wszyscy maja pelne brzuchy, czyli zbiorowe pierdzenie z matsetanskiego zwanym puszczaniem cypisow.

Rano zaledwie kilka minut po 6 budzi nas Lucho, bo juz cos zdazyl upolowac i moze Krzysku zdjecia bedzie chcial zrobic. Nad rzeka wieczne odpoczywanie rozpoczely 4 kajmany i kilka zab, czyli nasze sniadanie, po ktorym nasz mistrz zarzuca strzelbe i maczete na ramie i lodka udaje sie na polowanie (5 godzin wioslowania dla wytrawnego Indianina – nam pewnie zajeloby to z 15, zwazywszy na fakt, ze droge do Ayushaku miejscowi przebywaja maksymalnie w 3 h, my lezlismy 7).

Caly dzien schodzi nam na zabawie z dzieciakami i zwisie w hamaku. Jest przerazliwie goraco. Dzieciaki sa niesamowite. Bawia sie razem, bez zadnych klotni. Roba male luki i strzaly i przy ich pomocy poluja na koniki polne. Od najmlodszych lat ucza sie sztuki przetrwania – przynosza nam zlapane przez siebie ptaki (w tym kolibra), szczury, jaszczurki i inne zwierzeta. Z kawalka drewna robia tez bzyczki – wycinaja dziure, a do srodka wkladaja owada, ktory zamkniety w srodku wydaje swoje piekne dzwieki.

Poznym popoludniem wraca Lucho. Wszyscy pelni radosci zbieraja sie, by zobaczyc co tez upolowal. Sa 3 malpy!!! Na kolacje dostajemy watrobke – troche zylasta, ale jaka zdrowa. Reszta miesa jest wedzona – po powrocie do Estrironu osoby, ktore pomagaly przy wycince drzew pod nowe pole dla Lucha, zostana poczestowani potrawami przyrzadzonymi z wedzonych malp i ryb.

Wieczorem, po tym jak kobiety oprawily malpy i wyrzucily flaki do wody, przepelnieni strachem przed piraniami idziemy zazyc kapieli. Za kazdym razem, gdy wchodzimy do wody,w ktorej zyja ryby z kolcami i piranie towarzyszy nam to uczucie. Miejscowi sa juz przyzwyczajeni, chociaz dzieciaki uciekaja, jak nadplywa delfin rzeczny.

Po 3 dniach nicnierobienia mamy dosc. Lucho nie chce wracac, musi jeszcze upolowac troche zwierzat i z takim zamiarem tu przybyl na tydzien. Daniel tez o tym wiedzial, ale nic nie powiedzial – wyglada na to, ze zgrabnie chcial sie nas pozbyc na tydzien. Wracamy wiec z Miguelem. Krzysia znowu boli noga, ale i tak idzie sie nam lepiej niz w tamta strone. Daniel nieco sie dziwi na nasz powrot, ale coz, nie ma wyboru – musi nas przygarnac.

bj

12
sie
09

Rozmowy gastronomiczne

Pierwsze dni to walka z goracem dla nas obojga, a dla Krzysia walka z ostra biegunka , co trwa nieprzerwanie 2 tygodnie, pomimo faktu, ze lyka odpowiednie medykamenty. Jest jak warzywo, a tych tu zdecydowanie brakuje. Jest za to juka i platany. Po 3 dniach nie mozemy patrzec ani na jedno, ani na drugie. A zwlaszcza na juke, ktora jest skrzyzowaniem bialej pietruszki, selera i kartofla, ale przy tym nie posiada absolutnie zadnego smaku i wartosci odzywczych. Juz lepsza jest maka z juki, czyli farina - taki nasz substytut chipsow i innych produktow spozywczych, ktorych tu nie uswiadczysz. Kolejnym ulubionym przez nas produktem zywnosciowym jest woda z rzeki i zupa z ryb, ktora polega na wrzuceniu zywych lub martwych zwierzat z wnetrznosciami i luska do gara z woda i ugotowaniu ich.  Ach, pysznie… Poza tym nie ma tu zbt wiele do jedzenia.

Zaczynam lubic aguaje, ktorym jeszcze tydzien wczesniej plulam w Iquitos. Szostego dnia mam sen, ze idziemy do knajpy o wymownej nazwie white power celem posilenia sie. Zaczyna nam bic na lby z glodu i braku smaku. W wiosce odkrywamy drzewko limonkowe, niestety bez owocow, ale celem poprawienia smaku wody, dodajemy do niej jego liscie.

Tesknota za jakimkolwiek smakiem oprocz slonego jest ogromna. Rozmowy gastronomiczne od rana do wieczora. Marzymy, by nasze mamusie ugotowaly odpowiednio: ogorkowa  Krzysiowi, mi pierozki. Wieczorem Maniocze doznaje olsnienia i w jego porywie przypomina sobie o paczce zywnosciowej skitranej w plecaku. Robimy ogorkowa z proszku – kwasu to to ma niewiele, ale dzieciaki, ktore probuja zupki i tak sie krzywia i pluja ryzem dodanym dla zwiekszenia objetosci posilku. Nas tymczasem ogarnia uczucie szczescia. Krzysku raczy sie rowniez rosolkiem ze swinio-bobra (aniuche), co potem dodajemy do potrawki z ryzu. Taka wolowina prawie.

Jednak Krzysia z biegunka klopoty i nocne wyjscia do kopanego w ziemi el bano to nie wszystko.  Gdyz wyczerpuje on limit za nas oboje, lub tez patrzac na to z innej strony jestesmy jak plus i minus, tudziez dzien i noc, co idealnie sie uzupelniaja. Mija 8 dni i nic, zero ruchu w jelitach. Wypijam butelke syropu na niestrawnosc. Nic. W miedzyczasie Krzys lyka ostatnie zapasy tabletek na biegunke ze srodkiem odkazajacym flaki. Lucho, brat Daniela, zwany przez nas maestro de todo, gdyz zna sie na wszystkim, przynosi mi z dzungli liscie, ktore po zamoczeniu w wodzie stanowia oklad na me obolale bebechy. Laze tak caly dzien w roslinnosci owinietej bandazami czekajac na jakies poruszjace dzialanie medycyny naturalnej. Nic. Wieczorem idziemy na nieproszona wizyte do Davida, ktory udaje sie w 8-godzinna podroz do Angamos z intencja wyslania jednego maila. Moze i wiec kupilby mnie jakies skuteczniejsze srodki, ale on ma w zanadrzu cos znacznie lepszego, cos co w 10 minut rozluznia zbyt mocno zwarte miesnie… Jest to tabaka, po tutejszemu zwana nene. Klasyczna droga podania jest wdmuchniecie sporej ilosci do nosa przez tube. Mocne nawet dla tutejszych twardzieli plci meskiej, bo ten sposob zarezerwowany jest tylko dla mezczyzn. My probujemy metody nr 2 – wsypujemy nakretke szarego proszku w kieszonke mniedzy zebami a dolna warga. Maniocze leb zaczyna cmic, bo on wrazliwy wszakze jest, ja tymczasem czuje, ze czas juz opuscic towarzystwo. Dostaje zawrotow glowy niczym po kilku dobrych drinkach z utesknionej juz wisnioweczki polskiej. Krzys sluzy mnie pomoca i asekuruje w drodze do ekskluzywnej indianskiej latryny. Cudowne wlasciwosci nene daja o sobie znac. Jeszcze tylko maly paw pod drzewko i juz mam pierwsze doswiadczenie z idnianskimi uzywkami za soba, ktorych niestety bedzie wiecej… Ale o tym Drodzy Fani przeczytacie w poznejszych odcinkach.

11
sie
09

Ara, czyli witaj przybyszu z innego swiata

Nadszedl ten wyczekany dzien.

Rano oczywiscie nie dostajemy obiecanego telefonu z agencji posredniczacej w sprzedazy biletow lotniczych na wojskowe samolociki latajace do/z Angamos. W kazdym razie lot mamy miec o 9 rano. Przed 9 przychodzi Daniel i zaraz idzie poszukiwac Krzysia, ktory z koli polazl do Hectora. Gromadnie (Daniel, Dina – corka Daniela, Dunu – jej syn) udajemy sie na tereny wojskowe. Przy kontroli dokumentow  blyskawicznie pojawia sie pan zajmujacy sie sprawami emigrantow i probuje nam wmowic, ze jako obywatele polscy na terenie Peru mozemy przebywac tylko 3 mc, a nie jak wedle informacji amasady tego kraju w Polsce – 6.

No nic. Wreszcie wsiadamy do samolotu, slonce juz minelo zenit . A samolot, ach co to za maszyna jest. W srodku skladane siedzenia jak w minivanie, a calosc utrzymana w konwencji klasycznego mikrobusa z hipisowskich czasow. Drzwi sie nie domykaja, z silnika przy starcie wydostaja sie kleby czarnego dymu utrudniajacego nam oddychanie. Ale slowo sie rzeklo i kobylka u plotu, czyli dzungla i podwojne tecze pod nami.

Po 50 min ladujemy na polu, czyli na lotnisku w Angamos. Targamy bagaze i prezenty do chaty nad rzeka, ktora to sklada sie z drzwi, scian, dachu, podlogi i paleniska. Moscimy sobie gniazdko z kocow i moskitiery. Reszta dnia uplywa nam na robieniu ostatnich zakupow z cyklu benzyna i cukier. Ceny w angamos sa zatrwazajace.

Zasypiamy po upale, ktory przewyzsza ten w Iquitos. W nocy cos chrobocze, cos halasuje. Uruchamiamy latarki a nad nami i dookola naszego legowiska harcuja w najlepsze szczury. Ale nie sa to zwykle szczury – sa to szczury o slicznym bialo-brazowym futerku.

Nastepnego dnia o poranku idziemy do Angela, by zaplacic danine za wjazd na tereny Matses. Dzieki temu mamy nie miec problemow z poruszaniem sie, a Krzys nie bedzie musial dodatkowo placic za robienie zdjec. To sie jeszcze okaze… Potem w 7 osob plus bagaze instalujemy sie w indianskiej pirodze wspomaganiej nowym, szybkim motorem typu peke-peke marki Honda. Mkniemy tak przez rzeki, mijamy 3 wioski i po 8 godzinach ladujemy w punkcie przeznaczenia, czyli w Estiron, ktory znajduje sie jakies 4 km od granicy z Brazylia. Na brzegu rzeki czeka cala wioska, dzieciaki dziczeja niczym rasowe dziki.

Dom Daniela jest uroczy i tak naprawde sklada sie z 2 domkow z indianskich paneli, za dach sluza palmowe liscie. Jeden to kuchnia z paleniskiem, polaczona z tzw. stolowym, gdzie zamiast wypoczynku zawieszone sa recznie plecione hamaki, drugi to pomnieszczenia mieszkalne. Dostajemy wlasny pokoj! Ma lozko z uniwersalnego materialu budowlanego, jakim sa rzeczone panele i materac! Przez otwory okienne zagladaja zaciekawione male oczka, co oznacza, ze jestesmy intensywnie obserwowani. I tak juz zostanie.

Pueblo przypomina osrodek wczasowy, a nie indianska wioske: na srodku znajduje sie boisko pilkarskie, na ktorym to miejscowi chlopcy po ciezkiej fizycznej pracy na chacra, czyli polu wieczorami, poubierani w profesjonalne stroje pilkarskie, jakich to ze swieca szukac na polskich wioskach, oddaja sie swojej jedynej rozrywce – grze (jedynej, bo nie pija alkoholu, ani nie pala ziol ni tytoniu). Poza boiskiem do kopanej sa 2 boiska do gry w siatke, gdzie Indianki bedace wysoko w ciazy utrzymuja sprawnosc swoich cial. Lekarz im nie odradza i nie kaze na siebie uwazac, gdyz go nie ma. Jest za to mala apteka, w ktorej mozna kupic podstawowe leki, a nasz gospodarz w domu ma sklep, z mydlem i majtkami.




 

Luty 2012
P W Ś C P S N
« paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

 

Luty 2012
P W Ś C P S N
« paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.