Ponizej relacja z kilku ostanich dni spedzonych wsrod Indian. Krzysku wprawdzie zdazyl juz wyslac maila znajomym, ale nie wszyscy wiedza o naszych dramatycznych przygodach. A wiec oddaje glos Maniocze:
Jestesmy ciagle w dzungli i to juz maja byc cztery ostatnie dni. Przyplywamy do kolejnego pueblo, ktore zwie sie Cashispe. Jestesmy zmeczeni uzeraniem sie z Indianami o benzyne, ktora notorycznie kradna (chociaz Oni mysla ze pozyczaja… pewne roznice kulturowe sa nie do pokonania). Jestesmy zmeczeni tropikalnym upalem, ktory wysysa z nas energie oraz naszym przewodnikiem ktory in the end of the day bierze ostatnia czesc kasy i olewa nas rowno, jadac do Angamos na tydzien, chociaz nam mowi, ze jedzie na dwa dni. Generalnie jestesmy wykonczeni i podkurwieni. Mamy dosyc, chcemy jechac i zjesc kanapki z cebula.
A wiec przybywamy do Cashispe, kolejnej koloni Matzesow. W pueblo poznajemy Chaco. Chaco jest sympatyczny wiec zagajamy o to i owo, pytamy sie miedzy innymi czy tu sa piranie i canero (to takie male rybki z hakiem na grzbiecie ktore czasem przez przypadek zamiast innej rybie to czlowiekowi wplyna do srodka i pozniej go od srodka wyzeraja). On mowi ze niewiele, ale nie mozna isc sie myc do rzeki w nocy, bo jest bardzo duzo kaimanow; kaimanow czyli krokodyli (aligatorow?).
Pokazuje nam skore jednego ponad poltorametrowego i mowi, ze wieczorkiem wyrusza na polowanie, bo tylko w nocy poluje sie na kaimany (swieci sie latarka po rzece, kaimanowi blyszcza oczy jak kotu, podplywa sie, wbija trojglowy harpun i wyciaga kaimana z wody, ot takie to proste). Wiec ja podekscytowany pytam, czy mozemy pojechac z nim na ow polow, on ze tak. Cudownie!
A wiec wyplywamy za dwie godziny.
O umowionej godzinie spotykamy sie z Chaco, ja daje mu pol galona benzyny wczesniej wydartej po ostrej klotni z naszym przewodnikiem i plyniemy. Jest pelnia ksiezyca, a my plyniemy cichutko uzywajac tylko wiosla, zeby nie wystraszyc naszej ofiary. Plyniemy i plyniemy. Plyniemy i swiecimy. I nagle Jaslan krzyczy szeptem: JEEEST! TAM SIEDZI W KRZAKACH!
Ja nie widze nic, ale Chaco to potwierdza, zmienia kurs i zaczynamy plynac w poprzek rzeki. Ja dalej stoje na dziobie z harpunem chociaz nawet nie wiem gdzie takiego kaimana uderzyc trzeba.
I nagle! Nurt rzeki w tym miejscu jest duzo mocniejszy, a my skoncentrowani na aligatorze wpadamy na niewidoczne w nocy pale wystajace z wody. Indianska niewielka piroga przechyla sie i nabiera wody. W kilka sekund wszyscy ladujemy w wodzie trzymajac sie pali i jednoczesnie lodzi, ktora wraz z ciezkim motorem juz jest cala pod woda. Stoimy w tej wodzie, Chaco nas uspokaja, ze tu tylko male sztuki plywaja, chociaz kilka minut wczesniej opowiadal o starej Indiance pozartej przez kaimana. Ale rozumiemy go, ta lodz i silnik to wszystko, co posiada.
A wiec trzymamy sie tych pali i staramy sie jak najszybciej wyciagnac lodz. Po kilku albo kilkunastu minutach udaje nam sie jakos tak usadowic, ze ja z Jaslan jestesmy z tylu lodzi. Ja stoje na palu i z wielkim wysilkiem udaje mi sie troche ponad powierzchnie wody wyciagnac motor i tyl lodzi. Bozenka siedzi troche wyzej i trzyma przedluzona turbine peke peke na ramieniu, a Chaco zapierajajac sie nogami o pal pod woda, wyciaga przod i wychlapuje reka wode. Akcja trwa w nieskonczonosc, a ja czuje, ze pal jest coraz bardziej sliski. W pewnym momencie trace rownowage i wpadam do wody. Wyplywam na powierzchnie, Jaslan chce mi pomoc a ja czuje, ze prad rzeki jest zbyt silny i ze po prostu nie daje rady.
I teraz scena z Titanica: Ona wyciaga reke i krzyczy Krzysiu! A ja w pewnym momencie slabne i odplywam w tzw. piezdu.
Odplywam i juz mam obraz aligatora ktory podplywa do mnie i mnie pozera. Odwracam sie i widze jakies galezie wystajace z wody, wpadam na nie i tak zaczepiony tkwie po szyje w wodzie, a mysl o aligatorze ktory gdzies tu jest odsuwam jak natretna muche. Boje sie i modle sie. Modle sie i cala swoja uwage skupiam na modlitwie. Widze, ze Chaco dalej wychlapuje wode i ze za dwie lub trzy minuty razem beda w stanie wsiasc do lodzi. Dla mnie ten czas wydluza sie w nieskonczonosc. W koncu wsiadaja i wioslujac rekoma i jakims cudem uratowana maczeta podplywaja do mnie. Wchodze dziobem lodzi tak, zeby jej nie wywrocic i po kilku sekundach jestesmy uratowani.
Podplywamy do brzegu, Chaco wycina maczeta po palu dla naszej trojki tworzac jakby wiosla i tak wracamy do domu. Mokre paszporty i wszystkie pieniadze rozkladamy, zeby wyschly. Dlugo nie mozemy spac i modlimy sie goraco dziekujac Bogu, ze wszystko dobrze sie skonczylo.
Nastepnego dnia o swicie mamy isc z polowa wioski na polow ryb, gdzie uzywana jest trucizna po ktorej ryby zachowuja sie jak pijane i latwo je wyciagnac z wody. Chce to zobaczyc i sfotografowac. Widzialem juz polow ryb przy uzyciu barbasco, ale ta trucizna jest inna, ta nie zabija ryb. Bozenka nie czuje sie na najlepiej, boli ja glowa, prosze ja, zeby zostala i odpoczela po ostaniej nocy, ale ona nie chce i plyniemy razem. Doplywamy do czesci dzungli, gdzie rzeczki sa plytkie i trucizne mozna uzyc, wysiadamy z lodzi i z grupa jakis pietnastu czy dwudziestu osob idziemy przez las.
Idziemy i idziemy. Jaslan jeczy, ze ma zle przeczucia, a ja staram sie ja uspokoic, ze juz wszystko dobrze, ze obydwoje jestesmy ciagle w szoku po tym co sie stalo niecale dwanascie godzin wczesniej.
I tak idziemy, ona w sandalach, ja w polbutach i krotkich spodenkach bo wszystkie ciuchy mokre a Indianie standardowo na bosaka. Kaloszy juz nie mamy, gdyz we wczesniejszej wiosce ja robie interes zycia zamieniajac swoje kalosze na naszyjnik z zebow malpy, a Bozenka z dobrego serca oddaje swoje Indianinowi z wbitym w stope kolcem.
Idziemy i idziemy. Idziemy w srodku grupy, bo najbezpieczniej. Idziemy bardzo waska drozka i pewnym momencie ostania osoba z grupy krzyczy: WAZ !
Jak sie okazuje wszyscy przeszlismy obok ukrytego pod lisciem weza – dopiero ostatnia osoba go zauwazyla! Waz siedzi kilkanascie centymetrow od owej drozki i siedzi tak, ze od strony od ktorej przyszlismy nie mozna go bylo zauwazyc! Jak podchodze blizej, zeby to sfotografowac nie moge uwierzyc, ze waz ktorego jad zabija w kilka godzin i ktory, jak mowia miejscowi, nie nalezy do tych ktore uciekaja, ale raczej atakuja siedzi tak blisko drozki!
Jeden z mezczyzn bierze grubego draga i calej sily uderza weza. Wali jeszcze raz, a potem miazdzy mu glowe, zeby sie upewnic, ze ten nie zyje. Ludzie pozniej mowia, ze to cud ze nikt nie zginal, a my juz z coraz mniejsza ochota idziemy dalej w las.
Jaslan czuje sie coraz gorzej, ma goraczke i biegunke z krwia, wiec tego samego dnia wyruszamy do Angamos i dzieki Bogu okazuje sie, ze nastepnego dnia w piatek jest lot do Iquitos.
Teraz tak sobie mysle siedzac w kafejce internetowej i patrzac na ta cala historie bardziej calosciowo, ze to wlasciwie jedyny raz podczas calego pobytu, kiedy reaguje dosc agresywnie i kaze sobie oddac cala benzyne, nawet ta z motoru. Pozniej ta benzyne daje cala Chacowi jak plyniemy na kaimany, ktory nawet ani razu jej nie uzywa, bo wpieprzamy sie do wody. Alejandro, syn naszego przewodnika, ktoremu wlasciwie zebralo sie za starego i z ktorego to motoru kaze sobie przelac benzyne, pozniej podobno w nocy plynie oswietlajac sobie droge latarka. Musi byc wsciekly i pewnie zyczy nam jak najgorzej, a ta benzyna nie sluzy nikomu tylko wywojuje splot zlej energi.
A moze to po prostu dzungla chce nam dac sie dobrze zapamietac dajac nam lekkiego klapsa (bo przeciez nie giniemy tylko zyjemy!) i pokazuje, ze nie jest kurortem wypoczynkowym w Hiszpanii, ale innym swiatem gdzie inne zasady obowiazuja.
K.M.