Punkt kulminacyjny wyprawy juz minal i ciagle oswajamy sie z tym, czego doswiadczylismy w dzungli. Potrzebujemy jeszcze troche czasu, ale sa takie chwile, ktore byly mile i nie mialy nic wspolnego z czajacymi sie pod woda krokodylami. Odkrylismy nowe smaki (w tym herbaty slodzonej cennymi cukierkami, Maniocze po jej wypiciu zwymiotowal), nauczylismy sie lowic ryby za pomoca zylki i haczyka, w czym Krzysku okazal sie mistrzem - dwie zlowil za grzbiet wzbudzajac podziw nawet u Indian. Udalo nam sie zaprzyjaznic z trzema dziewczynami z sasiedztwa - plywalismy razem na ryby, potem je czyscilismy, jedlismy, spiewalismy – kazdy po swojemu (furore zrobily polskie koledy w mym wykonaniu). Jednak bliskosc osiagnela apogeum, gdy iskaly mnie z wszy na centralnym placu wioski. Jednym slowem – bylo i milo. Raz na rybach zaczepil sie nam haczyk o jakies podwodne chaszcze i sprytna lokalna dziewuszka w ubraniu zanurkowala w brunatna rzeke ratujac cenny osprzet wedkarski. Nowe kolezanki byly mi tez chetne do pomocy przy praniu, ktore mnozylo sie w sposob niemilosierny przez okrutne warunki klimatyczne, powodujace wzmozone wydzielanie potu.
Takich chwil, ktore szczegolnie zapadly nam w pamiec bylo wiele. Pamietam, jak ciocia Patrycja w Ayushacku przyniosla nam po polowce pysznej, dojrzalej, soczystej papai z wbita w srodek lyzka. Wyobrazcie sobie, ze od 3 tygodni nie opuszcza Was uczucie glodu, a tu nagle jak u babci na wakacjach, czyli totalne przejedzenie.
Innym razem, gdy Krzysku niefortunnie wbil sobie rybi kolec w palec, dziewczeta napredce zrobily mu oklad z rybich flakow (podobno pomaga tez przygryzienie ogona), a lowiacy nieopodal chlopcy, chyba z litosci, obdaraowali nas 4 dorodnymi sztukami.
Im bardziej patrzymy na wyprawe do Indian z dystansu, tym bardziej doceniamy wartosc tego doswiadczenia.
Po przygodach w dzungli nie mamy ochoty na przygody:-). Chcemy ciastek i kawy, wiec jedziemy do Arequipy, czyli do bialego miasta Peru, otoczonego przez wulkany. Jest slicznie. Ciastka sa dobre, jest czysto, w hotelu kablowka. Trwa fiesta, wybieramy sie wiec na festiwal tancow ludowych, niby to krajow Ameryki Poludniowej, ale jest tez polski akcent (2 zespoly z naszymi narodowymi tancami). W porownaniu z powalajacym na kolana tangiem argentynskim, ktorego zadni uczestnicy Tanca z gwiazdami nie sa w stanie skutecznie zaimitowac, wypadamy troszke blado (brak pazura).
Poza tym miasto i okolice slyna z pikantnego zarcia (slynne rocotto relleno, czyli papryczki nadziewane miesem, warzywami i lokalnym serem). Dla mnie za ostre. No i najpiekniejszy targ jaki do tej pory widzielismy – z sokami, suszonymi zwierzetami do przyzywania duchow i uprawiania czarnej magii i zapachem ziol na stoiskach miesnych. Czy to jest jeszcze Peru?
W miedzyczasie doswiadczamy bogatych objawow soroche, czyli choroby wysokosciowej. Bola nas glowy, kreci sie nam we lbach, nie mozemy oddychac, z nosa cieknie krew (na tych wysokosciach pekaja naczynka krwionosne, bo to juz prawie 4000 m npm).
Festidanza:







BJ o Wasze foty zgłaszam zapotrzebowanie, dawajcie tu jakie.
Bo przecież tęsknota jest OOOOOOGROMNA !
Serdeczności. J i mały Mati.
No i my sie przylaczamy by zobaczyc mniej zwlaszcza “obywatelki” bo i z czego to mniej?
No niezle szalejecie!
Pozdrawiam z deszczowego Dublin,
Besos