13
wrz
09

Jedziemy na wycieczke

Natura, natura, natura. Czas poznac nam inne obszary Peru, bo to tak zroznicowany kraj, ze hej. Od nisko polozonej, lecz nie plaskiej dzungli, po wysokie Andy. Postanawiamy skorzystac z tych urozmaicen przyrody i wykupujemy busowy tour do Kanionu Colca. 4 godziny tluczemy sie busikiem po drogach, co oczywiscie sa w ksztalcie serpentyn. Po drodze laguny, pasace sie symbole Peru, czyli lamy. Obok siedzi troszke puszysta Peruwianka, czyli tzw. gordita. Pochrupuje cos przez cala droge, zaopatrzona jest w reklamowke z bulkami. Jak sie pozniej okazuje ma cala, recznie spisana liste produktow zywnosciowych z poludnia, ktore musi sprobowac, co wlasnie czyni nieprzerwanie. Tak docieramy do Chivay, gdzie agencja zabiera nas na gorace zrodla – czas limitowany – 1 h. Masa turystow, nasza przewodniczka nas szuka, bo oczywiscie nie wyrabiamy sie z wygrzaniem zmarznietych kosci (zimno, zimno, coraz zimniej). Potem tzw. show dla turystow, czyli tance ludowe, polaczany z kolacja w drogiej knajpie, gdzie jedzenie nawet wyglada niesmacznie. Zamawiamy po drinku, a tam alkoholu brak. Wiec nasze nowo poznane kolezanki z Limy, lekko poddenerwowane brakiem smaku potrawy, ktora zamowily, namawiaja nas do zlozenia reklamacji. Krzysku idzie do baru z dwiema pustymi szklankami i informacja, ze drink to raczej bezalkoholowy byl. Dostajemy w ramach rekompensaty po kolejnym, tym razem procentowym. Nie wiem czy to by w Polsce zagralo. Niewazne. Idziemy spac do hostelu, o ktorego rezerwacje zadbala agencja. Zimno jak cholera, spimy pod 4 kocami, bo tu sie pierzyn nie praktykuje. Obiecanej cieplej wody nie ma, na sniadanie dostajemy po pustej w srodku bulce i wyruszamy do Kanionu Colca. To drugi najglebszy kanion na swiecie, ktory jest 2 razy glebszy od jakze slynnego Kanionu Colorado. Bogaty jest tez w akcenty polskie, gdyz jego pierwsze przeplyniecie zostalo dokonane wlasnie przez naszych rodakow. Wspaniale!

Sama droga zapiera dech w piersiach. Nie chodzi tu tylko o przepiekne widoki, ale o kierowce, ktorego nie porusza brak asfaltu i pedzi co sil w silniku. Krzysku protestuje i troche zwalniamy. Poza tym dostajemy irytacji, bo na punktach widokowych po 10 minut, ale w knajpach mamy spedzac po 3 h. O nie!

Po wycieczce powracamy do Arequipy, a nastepnie udajemy sie do Puno lezacego nad Jeziorem Titikaka (znane z plywajacych wysp). Widok z gory na miasto przepiekny, ale w centrum to oprocz lokali gastronomicznych jest niewiele do zwiedzania. Im blizej granicy z Boliwia, tym drozej (masa turystow slepo podazajaca za przewodnikami). My za rada polskich turystow jedziemy do taniej Boliwii. Na granicy pan celnik po stronie boliwijskiej odsyla nas do Peru – przekroczyliscie 3 miesiace (mozemy w Peru jako turysci przebywac 6) i bedziecie miec problemy – grozi. Poslusznie drepczemy z powrotem do Peru, gdzie wbijaja nam pieczatke i informuja, ze jeszcze kilku dni do 3 miesiecy pobytu brakuje. Na granicy poznajemy dwie Estonki – Anu i Haidu (czy Haiku) i bierzemy takse do Copacabany, idziemy zjesc po pstragu i instalujemy sie w hostelu z “hot showers”, z ktorych leci co najwyzej letnia woda.

Copacabana nie ma nic wspolnego z brazylijska plaza, wieczorami czapka na leb i welniany skarpet. W lokalnych restauracjach zupa z paczki i niedogotowane warzywa. Cena kawy przekracza ceny w naszej ojczyznie.

Ale, ale 2-dniowa znajomosc z Estonkami owocuje. Jedziemy razem na wycieczke boliwijska taksa zobaczyc plywajace wyspy (zbudowane specjalnie na potrzeby turystow, ale o tym w informacji turystycznej nie powiedzieli). Boliwijska taksowka polega na placeniu od pasazera, dopoki sie miejsce w bagazniku nie skonczy (autka typu combi). Dogadujemy sie z taksowkarzem na 12 boliwianow, by nas zawiozl do wysp, a ten sie zatrzymuje na polnej drodze i kaze sobie doplacac. Wschodnioeuropejska agresja daje o sobie znac i walczymy dopoty, dopoki nas nie zawozi w umowione miejsce.

Wreszcie czujemy jakas wiez z poznanymi po drodze ludzmi i mozemy poruszyc wiecej tematow, niz, ze w Cuzco jest nice. Nasze nowe kolezanki tez tesknia za smalcem i kiszonym w reke. Wieczorami popijajac rum wspominamy radzieckie wojska stacjonujace w naszych krajach i imitacje lalki Barbie, czyli Lize, ktorej nie chcialy sie zginac nogi w kolanach (pamietam jak tata zrobil mi z kartonika po niej lampion na roraty). Sentymentalnie nam.

Copacabana to miejsce wypadowe na Isla del Sol, wiec wykupujemy wycieczke . Wstajemy rano, konsumujemy sniadanie i idziemy na przystan. Pusto tak jakos. Okazuje sie, ze spoznilismy sie godzine, gdzyz nie zmienilismy czasu z peruwianskiego na boliwijski. Ruszamy wiec nastepnego dnia. Wyspa jest piekna. Pagorki i jeszcze raz pagorki, plaze i ruiny. Mamy troche malo czasu jak na 4-h spacer na wysokosci 4000 m npm, gdyz glownie charczymy i stekamy, a to dlatego, ze  tlenu w powietrzu niewiele, a trzeba sie spieszyc z wedrowka na druga strone wyspy, z ktorej mamy odplynac z powrotem do Copacabany. Poznajemy polskie misjonarki, jest okazja by troche pogawedzic w ojczystym jezyku. Ledwie nadazamy na odplyw naszej lajby.


0 Odpowiedzi do “Jedziemy na wycieczke”



  1. Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


 

Wrzesień 2009
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

 

Wrzesień 2009
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.