Natura, natura, natura. Czas poznac nam inne obszary Peru, bo to tak zroznicowany kraj, ze hej. Od nisko polozonej, lecz nie plaskiej dzungli, po wysokie Andy. Postanawiamy skorzystac z tych urozmaicen przyrody i wykupujemy busowy tour do Kanionu Colca. 4 godziny tluczemy sie busikiem po drogach, co oczywiscie sa w ksztalcie serpentyn. Po drodze laguny, pasace sie symbole Peru, czyli lamy. Obok siedzi troszke puszysta Peruwianka, czyli tzw. gordita. Pochrupuje cos przez cala droge, zaopatrzona jest w reklamowke z bulkami. Jak sie pozniej okazuje ma cala, recznie spisana liste produktow zywnosciowych z poludnia, ktore musi sprobowac, co wlasnie czyni nieprzerwanie. Tak docieramy do Chivay, gdzie agencja zabiera nas na gorace zrodla – czas limitowany – 1 h. Masa turystow, nasza przewodniczka nas szuka, bo oczywiscie nie wyrabiamy sie z wygrzaniem zmarznietych kosci (zimno, zimno, coraz zimniej). Potem tzw. show dla turystow, czyli tance ludowe, polaczany z kolacja w drogiej knajpie, gdzie jedzenie nawet wyglada niesmacznie. Zamawiamy po drinku, a tam alkoholu brak. Wiec nasze nowo poznane kolezanki z Limy, lekko poddenerwowane brakiem smaku potrawy, ktora zamowily, namawiaja nas do zlozenia reklamacji. Krzysku idzie do baru z dwiema pustymi szklankami i informacja, ze drink to raczej bezalkoholowy byl. Dostajemy w ramach rekompensaty po kolejnym, tym razem procentowym. Nie wiem czy to by w Polsce zagralo. Niewazne. Idziemy spac do hostelu, o ktorego rezerwacje zadbala agencja. Zimno jak cholera, spimy pod 4 kocami, bo tu sie pierzyn nie praktykuje. Obiecanej cieplej wody nie ma, na sniadanie dostajemy po pustej w srodku bulce i wyruszamy do Kanionu Colca. To drugi najglebszy kanion na swiecie, ktory jest 2 razy glebszy od jakze slynnego Kanionu Colorado. Bogaty jest tez w akcenty polskie, gdyz jego pierwsze przeplyniecie zostalo dokonane wlasnie przez naszych rodakow. Wspaniale!
Sama droga zapiera dech w piersiach. Nie chodzi tu tylko o przepiekne widoki, ale o kierowce, ktorego nie porusza brak asfaltu i pedzi co sil w silniku. Krzysku protestuje i troche zwalniamy. Poza tym dostajemy irytacji, bo na punktach widokowych po 10 minut, ale w knajpach mamy spedzac po 3 h. O nie!
Po wycieczce powracamy do Arequipy, a nastepnie udajemy sie do Puno lezacego nad Jeziorem Titikaka (znane z plywajacych wysp). Widok z gory na miasto przepiekny, ale w centrum to oprocz lokali gastronomicznych jest niewiele do zwiedzania. Im blizej granicy z Boliwia, tym drozej (masa turystow slepo podazajaca za przewodnikami). My za rada polskich turystow jedziemy do taniej Boliwii. Na granicy pan celnik po stronie boliwijskiej odsyla nas do Peru – przekroczyliscie 3 miesiace (mozemy w Peru jako turysci przebywac 6) i bedziecie miec problemy – grozi. Poslusznie drepczemy z powrotem do Peru, gdzie wbijaja nam pieczatke i informuja, ze jeszcze kilku dni do 3 miesiecy pobytu brakuje. Na granicy poznajemy dwie Estonki – Anu i Haidu (czy Haiku) i bierzemy takse do Copacabany, idziemy zjesc po pstragu i instalujemy sie w hostelu z “hot showers”, z ktorych leci co najwyzej letnia woda.
Copacabana nie ma nic wspolnego z brazylijska plaza, wieczorami czapka na leb i welniany skarpet. W lokalnych restauracjach zupa z paczki i niedogotowane warzywa. Cena kawy przekracza ceny w naszej ojczyznie.
Ale, ale 2-dniowa znajomosc z Estonkami owocuje. Jedziemy razem na wycieczke boliwijska taksa zobaczyc plywajace wyspy (zbudowane specjalnie na potrzeby turystow, ale o tym w informacji turystycznej nie powiedzieli). Boliwijska taksowka polega na placeniu od pasazera, dopoki sie miejsce w bagazniku nie skonczy (autka typu combi). Dogadujemy sie z taksowkarzem na 12 boliwianow, by nas zawiozl do wysp, a ten sie zatrzymuje na polnej drodze i kaze sobie doplacac. Wschodnioeuropejska agresja daje o sobie znac i walczymy dopoty, dopoki nas nie zawozi w umowione miejsce.
Wreszcie czujemy jakas wiez z poznanymi po drodze ludzmi i mozemy poruszyc wiecej tematow, niz, ze w Cuzco jest nice. Nasze nowe kolezanki tez tesknia za smalcem i kiszonym w reke. Wieczorami popijajac rum wspominamy radzieckie wojska stacjonujace w naszych krajach i imitacje lalki Barbie, czyli Lize, ktorej nie chcialy sie zginac nogi w kolanach (pamietam jak tata zrobil mi z kartonika po niej lampion na roraty). Sentymentalnie nam.
Copacabana to miejsce wypadowe na Isla del Sol, wiec wykupujemy wycieczke . Wstajemy rano, konsumujemy sniadanie i idziemy na przystan. Pusto tak jakos. Okazuje sie, ze spoznilismy sie godzine, gdzyz nie zmienilismy czasu z peruwianskiego na boliwijski. Ruszamy wiec nastepnego dnia. Wyspa jest piekna. Pagorki i jeszcze raz pagorki, plaze i ruiny. Mamy troche malo czasu jak na 4-h spacer na wysokosci 4000 m npm, gdyz glownie charczymy i stekamy, a to dlatego, ze tlenu w powietrzu niewiele, a trzeba sie spieszyc z wedrowka na druga strone wyspy, z ktorej mamy odplynac z powrotem do Copacabany. Poznajemy polskie misjonarki, jest okazja by troche pogawedzic w ojczystym jezyku. Ledwie nadazamy na odplyw naszej lajby.
0 Odpowiedzi do “Jedziemy na wycieczke”