Boliwia zaczyna roztaczac przed nami swoje uroki i drogi w fatalnym stanie, jesli juz sa kryte asfaltem (25% ma takie udogodnienia). Jedziemy do najwyzej polozonej stolicy swiata, czyli do La Paz. La Paz to jeden wielki korek uliczny, osnuty spalinami. Hostele w tej “taniej” Boliwii drozsze niz w jakimkolwiek miejscu w Peru, ale za namowa napotkanej turystki udajemy sie do zachwalanego przez Lonely Planet hostelu Loki. Pod prysznicem goraca woda, wygodne wyra, czysto, Internet, sniadanie w cenie. Czego chciec wiecej?
Wreszcie sie wysypiamy, ale postanawiamy zostac dzien dluzej, i przed 10 rano, zgodnie z uzyskana informacja potwierdzamy to na recepcji. Jednak na recepcji dowiadujemy sie, ze na nasz pokoj pojawila sie rezerwacja. Oczywiscie nie dajemy za wygrana! Gdy juz wywalczamy kolejna dobe udajemy sie na hostelowy Internet. Najpierw czekamy w kolejce i sluchamy, jak brytyjska nastolatka kloci sie na caly glos przez skype ze swoim chlopcem. Jak dopadamy sie do komputerow to wyskakuja nam wirusy, albo gasna monitory, tak, ze informacji z kraju nie mozemy przeczytac porzadnie. Jednak innym mieszkancom hostelu to nie przeszkadza. Gdyz oni maja swoj portal spolecznosciowy, na ktorym spedzaja swoje wakacje w Ameryce Poludniowej – wszyscy, ale to absolutnie wszyscy siedza na Facebooku i przekrzykuja sie od komputerow: “ADD ME AS A FRIEND !”. Niewiarygodne! Poza tym w calym hostelu ani jednego zdania po hiszpansku, wszytko po angielsku! W barze serwuja Guinessa. Oto Boliwia dla anglojezycznego turysty.
La Paz jest glosne i pagorkowate. Dyszymy na podejsciach i na widok kanapek z chorizo (lokalne kielbasy). Nasluchalismy sie troche o tym, jakie to pyszne sa steki z alpaki, a tu co budka to wszytko przygotowane bez uzycia soli i pieprzu. Pozniej pozywienie to zaowocauje nowym rzutem robakow w jelitach. Dla mnie to pierwszy raz, bo ani woda z rzeki, ani ryby z wnetrznosciami, ani mieso z kapibary zarobione na al dente, nie przyniosly mi takich przyjaciol.
W Boliwii mamy misje, aby pojechac na wycieczke po pustyni, zobaczyc najwiekszy salar na naszej planecie, wiec powoli udajemy sie na poludnie. Najpierw jedziemy do Oruro, gdzie w kazdej knajpie serwuja kurczaka z frytkami i ryzem, co chyba ma byc ekwiwalentem surowki. Na lokalnym targu cuchnie psujacym sie miesem, babcie przy uzyciu krzyza i kart tarota zagladaja w przyszlosc. Wyruszamy wiec pociagiem o mylacej nazwie Expres del sur do Uyuni. W Uyuni o polnocy atakuja nas naganiacze. Idziemy spac, a rano zamawiamy sniadanie, ktore okazuje sie byc sokiem z kartonu (50% zawartosci kwasu askrobowego) i bulkami z zeszlego tygodnia. Ach Boliwio, czemu chcesz nas nakarmic tylko pizza za 40 pln?
Zoladki zaczynaja zyc wlasnym zyciem, a my przeciez musimy znalezc wycieczke na Salar Uyuni. Poznajemy 2 niemieckie dziewczeta i nastepnego dnia razem z nimi i jeszcze 2 pasazerami, kierowca i pania kucharka wyruszamy na wycieczke. Zaczynamy od cmentarza pociagow, gdzie z calej Boliwii trafialy sfatygowane maszyny parowe. Ladne toto, ale zaczyna rzucac pustynnym piachem, wiec napredce ladujemy sie do jeepa. Potem mkniemy na salar, gdzie wszystko jest biale i slone, a sol peka na ksztalt latek pilki do gry w noge. Sprawdzaja sie 2 pary spodni zalozone jedne na drugie. Potem objazdowka na wyspe porosnieta olbrzymimi kaktusami i pierwszy normalny posilek w Boliwii (dziekujemy Ci Alicjo). Krazymy jeszcze troche po pustyni, podziwiamy biegajace dookola mieso wikunii, ktorych zastrzelenie moze zaowocowac 5 latami wiezienia. Pierwsza noc spedzamy w alojamento zbudowanym z soli, myjemy sie w wodzie podgrzewanej bateria sloneczna. Chlopcy z Nowej Zelandii i Australi, czyli z Oceanii puszczaja anglojezyczna muzyke, dziewczyny z Niemiec komentuja: ale to zabawne, wszyscy mamy iPod-y. Hahaha.
Nastepnego dnia kontynuacja. Widoki zapieraja dech w naszych wychudzonych piersiach: kolorowe laguny pelne flamingow, gorace gejzery tryskajace siarka (na wysokosci 5000 m npm – poruszamy sie ociezale jak wrzuceni do gara z kisielem), gorace zrodla na srodku pustyni. Cieszy nas ta wycieczka, jest wspaniale zorganizowana, pozywienie jest smaczne. Jednak drugi nocleg z temperatura 7 stopni Celcjusza w dormitorium jest przesada. 3 spiwory, 2 koldry, koc a i tak nie mozemy zmrozyc oka. Nastepnego dnia jedziemy odwiezc naszych towarzyszy do granicy z Chile, ktora znajduje sie na pustyni (w Boliwii widzimy chyba tylko pustynie). Potem zaczynamy zalowac, ze i my nie wyskakujemy na tym przystanku. Ale co sie odwlecze to nie uciecze…
Kierowca pedzi po kamieniach i ogolnie pojetej pustyni, 2 razy lapiemy gume, wymiana kola zajmuje 2 minuty. Nasz kierowca to zuch chlopak. Poznym popoludniem jestesmy z powrotem w Uyuni, skad o polnocy odchodzi oslawiony “ekspres” do Oruro. Bilety zakupil nam pan z agencji, gdyz nam sie to nie udalo (pan sprzedawca biletow przybyl 15 min pozniej od planowanego otwarcia kasy, usiadl na krzesle, poprawil rekawy, pogrzebal w szafce, wlaczyl radio, poprawil sie na krzesle, w tym czasie turystom z ust poszla pierwsza porcja piany, przyjal jednego petenta i wyszedl zza biurka; jako ze zaraz mielismy jechac na wycieczke, udalismy sie za nim, do biura szefa stacji, gdzie uzyskalismy cenna informacje – system sprzedazy biletow nie dziala – druga porcja sliny z ust). Pociag jest czysty, toalety lepszego gatunku niz te z PKP, jednak o ogrzewaniu nikt nie pomyslal. Krzysku zaklada dodatkowa, trzecia juz pare spodni, ja spie w kurtce, czapce i rekawiczkach, przykrywamy sie spiworem. Rankiem jestesmy juz w Oruro i dramatycznie chcemy wydostac sie z Boliwii – tak dramatycznie, ze nawet nie jemy sniadania, tylko wsiadamy w autobus do Chile. Na granicy dokladnie przeswietla nasze plecaki, bo produktow spozywczych wwozic nei mozna, a w mym plecaku liczne opakowanie yerba mate. Mezny Krzystof M. bierze na siebie moj bagaz i pomaga panu celnikowi rozbebeszyc szmaty. Pan celnik dostrzega w jednym z opakowan zawartosc jakze groznego dla zdrowia i niebezpiecznego skladnika, jakim jest aromat miodu, ale jakos udaje sie nam przejechac.
W Chile ladujemy w miescie polozonym najblizej granicy z Peru – Arice. Brak slumsow na przedmiesciach, wykoszona trawka wysokie ceny. Taka Europa Ameryki Poludniowej. Na szczescie pozywienie na targu jest smaczne, ale jakos tak chcemy z powrotem do Peru. Wiec tak czynimy, bo czas najblizszy zawijac nam loki i wracac do domu…
Troche widoczkow:










0 Odpowiedzi do “węgorek niszczyk czy tęgoryjec dwunastnicy?”