Archive Page 3

30
Czer
09

Fiesta San Juan dla zuchow

Miasto Iquitos jest miastem naganiaczy. Gonia Cie wszedzie i wszedzie chca Cie zabrac – oczywicie jesli im odpowiedznio za to zaplacisz lub dasz sie zaprowadzic we wskazane miejsce i skorzystasz z proponowanych uslug, to usluga zostanie obciazona odpowiednia prowizja dla naganiacza. Ale nie dziwota. Ludzie tu nie zyja od pierwszego do pierwszego, ale z dnia na dzien, a jesc trzeba. Dzieci wykarmic trzeba, dlatego ojcowie i matki pracuja z z maluchami spiacymi na rekach, na kartonach, stolach i regalach. Nikt nie narzeka ani nie wola o zasilek. Nie ma rozpieszczania. A o tacierzynskim nikt nie slyszal.

Zaczynaja sie tu niesmialo komary. I motyle o 10 cm rozpietosci skrzydel. W koncu jestesmy nad matka wszystkich rzek, czyli Amazonka. Poza tym napotyka nas tu pozytywne rozczarowanie, bo spodziewalismy sie, ze na takim odludziu to w sklepach ryz i pataty tylko, a Iquitos okazuje sie byc nad wyraz rozwiniete (najszybszy Internet jak do tej pory). No i mozna tu dostac wszytko. I mieso i koguta i wypic sok z kokosa ukucajac wsrod zywych kur. Pieknie jest. A w centrum naprawde czysto. Za to trudno tu wytargowac nizsza cene za nocleg. Normalnie bezproblemowo za 2gim podejsciem schodzili z ceny o 1/3 – tu wrecz przeciwnie – zadaja doplaty za druga osobe do jedynki.

Przypominamy drodzy czytelnicy, ze do Iquitos przyjechalismy celem znalezienia przewodnika, ktory zaprowadzi nas przez dzungle do Indian – w te i nazad. Wiec szukamy. Srednio po godzinie w kazdym z lokalnych biur. W porywach do 2h. Potem sie wraca, zeby dopytac na kolejne 1,5 h. Ale mentalnie bylismy przygotowani, ze zajmie to tyle czasu. Trafiamy na slad Wojciecha Cejrowskiego – wlasciciel jednego z biur – syn jednego z lepszych przewodnikow, pokazuje nam w kajecie wpis z listopada 2007 – po 7 dniach wyprawy z Moises Torres ocenia go – „byl doskonaly”. To daje nam do myslenia, ale nie rzucamy sie na jego oferte, nawet gdy po 5 minutach obniza cene o 1/3 i obiecuje, ze zabierze nas tam, gdzie chcemy.  Jestesmy spokojni jak dwa leniwce, choc nie ukrywamy – taka rekomendacja zrobila na nas wrazenie.

Pomimo mnogosci biur, ktore organizuja takie wyprawy, tak naprawde wybieramy miedzy dwoma – nalezacym do Torresa i miedzy biurem Amazon Explorer prowadzonym przez Argentynczyka Hectora i Holenderke Bertien. Po 2 dniach rozmow decydujemy sie na Hectora z kilku prostych powodow. Niczego nie obiecuja nam na pewno, otwarcie mowia, gdzie jest niebezpiecznie i nie owijaja w bawelne. Hector obiecuje skontaktowac sie przez radio z Antonio, synem przywodcy jednego z plemion i sprawdzic, jakie sa realne mozliwosci. I tak co kilka godzin przylazimy do Hectora wybadac newsy. Na nastepny dzien, okazuje sie, ze Angel – prezydent plemienia Matsés (okolice granicy z Brazylia)  przebywa obecnie w Iquitos i zostajemy umowieni na spotkanie. Nastepnego dnia Angel przychodzi ubrany w zolta sportowa koszulke, jest przed 30-stka i wcale nie wyglada na glowe plemienia. Przyjedzdza mototaxi, ale pomimio pozorow przynalenosci do naszej cywilizacji, jego oczy zdradzaja nieufnosc. I slusznie. Bo kazdy bialy traktowany jest teraz jako potencjalny agent szukajacy ropy.

Podczas spotkania Hector przedstawia propozycje prezentow dla pueblos, ktore mielibysmy odwiedzic. Angel ma skontaktowac sie z jefes (szefami tudziez glowami) konkretnych wiosek, aby ustalic, czy zgadzaja sie na taka zaplate. Kolejnego dnia wciaz nie mamy odpowiedzi… kolejnego znowu.

W koncu po kilku dniach zjawia sie Angel ze swoja swita i potwierdzeniem, ze mozemy przybyc, ale jaki podatek zaplacimy za wejscie na ichni teren, to nie wiadomo, bo radio niedomagalo i nie doslyszal. Za to obiecuje w ciagu 2 dni oddzwonic do Hectora. Nie robimy wiec nic innego poza czekaniem.

Jest jednak plus wynikly ze spotkania z Angelem. Jego zaufanie moze wzbudzic fakt, ze pytamy sie o mozliwosc wejscia na teren Matsés, co nigdy wczesniej im sie nie zdarzylo! Normalnie odbywa sie to tak, ze agencja zabiera turystow bez pytania plemienia o tzw. autoryzacje, czyli jest tak, jakby ktos natarczywie wpraszal sie do Ciebie do domu i nie mial zamiaru pytac o zgode, czy moze zostac na noc. A jesli juz zdarza sie, ze wczesniej ustalane sa warunki pobytu turystow, to potem nie sa one spelniane, czyli agencja obiecuje, a potem bierze pieniadze przeznaczone dla Indian do wlasnej kieszeni. Takie historie zdarzaja sie tu nagminnie i tak np. Moises Torres nie jest mile widziany przez  Antonio, a Daniel, jefe innego pueblo nawet o nim nie slyszal… 

Chyba z tego oczekiwania i rosnacych obaw mamy z Krzyskiem podobny sen – sni sie nam pies, ktorego sie boimy, ale oboje przezwyciezamy strach – ja daje sie mu obwachac i zaczynam go glaskac; Krzys go karmi. Daje nam to troche do myslenia…

Poza tym juz ktorys dzien z kolei w Iquitos, troche nas nosi. Moze to od pysznej kawy, ktora zapijamy sokiem z papai w kawiarence dla miejscowych – Cafe Express.  Za druga wizyta Krzys dostaje olsnienia i rozpoznaje na zdjeciu Stana Tyminskiego – tego samego co wraz z Lechem Walesa startowal onegdaj w wyborach prezydenckich i przypomina mu sie fragment programu Wojciecha Cejrowskiego nagrywanego w tym miejscu. Od razu po wizji Maniocze wedrujemy do baru, coby przeprowadzic konsultacje z synem wlasciciela – Pedrem. Ten potwierdza i nawet sciaga ze sciany zdjecie Tyminskiego zrobione w ´86 z dedykacja dla ojca naszego nowego znajomego. Sluchamy tez opowiesci o Tyminskim i jego pomysle na biznes. Mianowicie zainstalowal on pierwsze anteny do odbioru telewizji satelitarnej w Peru, dzieki czemu stal sie slawny i ogolnie powazany. Dostajemy w podarku egzemplarz gazetki telewizyjnej z artykulem o Stanie Tyminskim i wzmianka, ze pierwsza projekcja telewizji satelitarnej odbyla sie w rzeczonej kawiarni. Teraz na honorowym miejscu stoi tu oczywiscie odbiornik tv. A Pedro, jak zamowimy pyszny soczek ze swiezej papai, daje nam jape, czyli to co zostalo w mikserze, czyli druga szklaneczke. Jak rowniez raczy nas opowiescia o malo rozgarnietym turyscie, ktory po zjedzeniu juane (okolodzunglowa potrawa z ryzu zawijana w liscie palmy patatowca) stwierdzil: „Bardzo to dobre, tylko kapustka cos twarda”. Krzysiaczka  nazywa zas pieszczotliwie Kristopherito.

24 czerwca, czyli w dzien fiesty z okazji lokalnego patrona San Juana nosi nas do tego stopnia, ze nie wiemy, co ze soba poczac. Bujamy sie od jednego lokalu gastrononomicznego, do drugiego , a wszystko zamkniete na cztery spusty. Jedziemy wiec na Belen – dzielnice z najwiekszym placem targowym celem spozycia rybki. Krzys we swych slynnych pomaranczowych meksykanskich dresach niesie ponad 100 soli, celem rozmienienia banknotu. Na Belenie pustka (przeciez jest fiesta), wiec jedziemy zobaczyc co dzieje sie w dzielnicy San Juan. Co sie dzieje – a nic, poza milionem stoisk gastronomiczych, muzyki dudniacej z co drugiego stoiska, kaznodziei nawolujacych do nawrocenia.  Krzys inwestuje w kawalek miesa i loda w woreczku i idziemy na wesole miasteczko zagrac w fascynujaca gre, GDZIE POBIEGNIE CUY. Stawiamy 50 centimosow na to, ze swinka morska jak ja wypuszcza z pudelka to pobiegnie do domku z nr 24 i wygramy miske, ale tak sie niestety nei dzieje. Za to w mpomencie gdy przezywamy tak emocjonalne uniesienia, ktos oproznia kieszenie Krzysia z waluty. Ach, co za fiesta…

Kolejny poranek w Iquitos, wstajemy o 6 rano, bo Maniocze poluje na dobre swiatlo,  a tu klops. Spozywamy sniadanie i jedziemy na Farme Motyli (Pilpintuwasi, co w jezyku keczua oznacza „Dom motyli”). Myslimy – a co! – wszyscy zachwalaja, poczawszy od Lonely Planet, po turystow, a konczac na lokalsach. Najpierw jedziemy mototaxi do miasteczka Bellawista za wytargowane 2 sole, potem lodeczka dla autohtonow zwana colectivo za 3 sole ode lba (cena dla extranjeros czyli przyjeznych, takich jak my bogatych turystow).  Na miejscu sciagaja z nas po 10 soli (cena wejscia dla studenta, znowu opcja dla extranjeros). Oprowadza nas zblazoany i znudzony wolontariusz z Estados Unidos czyli USA. Nie dowiadujemy sie od niego nic ciekawego. Ogladamy kilka egzemplarzy motyli, glaskamy poczwarki czy jak to sie tam nazywa, bo nie dane nam bylo sie dowiedziec, rzucamy okiem na kajmana, jaguara, glaskamy tapira (twardy jest cholernik jeden), poten patrzymy jak mrowkojad wyjada z miski jakas zupe czy cos (80 cm jezor!) i tez go glaskamy. Potem malpa siada mi na kolanch i nastepuje koniec wycieczki, czyli wielkie rozczarowanie.

29 czerwca dzieki Hectorowi poznajemy Davida Fleck´a, amerykanskiego lingwiste i zoologa, ktorego ksiazke kserowalismy kilka dni temu nie majac zielonego pojecia, ze go poznamy.  David jest zieciem naszego przewodnika Daniela, o ktorym juz bylo z pol zdania w tymze poscie.  To Daniel uzyczy nam podlogi swego domostwa do spania, ale o tym pozniej, bo jeszcze go nie znamy, gdzyz w zwiazku z zawirowaniami politycznymi przebywa w Limie.

David rozjasnia nam nieco, dlaczego wciaz nie mamy odpowiedzi od Angela i jak wyglada polityczna organizacja plemienia, ktore zamierzamy poznac. Poszczegolni jefes tak naprawde nie posiadaja zadnej konkretnej wladzy, a pelnia jedynie funkcje doradcza wobec swoich wspolbratyncow, a kazdy z nich jest rowny i nie istnieje hierahchia, ktora mialaby odzwierciedlac funkcjonowanie pueblos. Istnieje jednak wladza spajajaca, narzucana przez organizacje non-profit, ktora wladzy centralnej (osoba, ktora sprawuje piecze nad wioskami na okreslonym obszarze ) placi miesieczne wynagrodzenie. Organizacja ta, nie chce wpuszczac takich jak my turystow, ktorzy prosza o autoryzacje jefes poszczegolnych pueblos i wywiera naciski na wladzy centralnej, bo sama ma w planie uzyskanie monopolu w obszarze turystycznego wykorzystania plemienia Matses. Z kolei jefes innych wiosek buntuje sie przeciwko temu, uzasadniajac – Ty masz swoja wyplate, a co my bedziemy miec, jesli nie wpuscisz tych turystow? Nie bedziemy miec ani pieniedzy, ani lekow, ostrych nozy i mydla. Sposobem na utrzymanie swoistego polsrodka jest po prostu niepodejmowanie zadnej decyzji i nie narazanie sie ani organizacjom zewnetrznym, ktore sa zrodlem doplywu gotowki, ani czlonkom plemienia. Po prostu przyjmowanie rzeczy takimi, jakie maja byc.

Radzi nam wiec o pojechanie do wioski Daniela nawet pomimo braku oficjalnej zgody na wizyte innych pueblos. Bo taka po prostu moze nie nadejsc, ale mozemy uwazac sie za szczesciarzy, bo przeciez jedziemy z nim i jego tesciem, ktory wie, co robic. Poki co czekamy na maila, kiedy wojskowy samololot moze nas zabrac do Angamos, skad juz peke-peke i piechota przez dzungle prosto do Indian…

Reklamy
24
Czer
09

Lancha

 Wlezlismy na lanche, zawiesilismy hamaki i czekamy na odcumowanie (czy tak to sie mowi?), ktore wedle oficjalnych informacji podanych nam w biurze ma nastapic o 12:00. Spoznienia pociagow marki PKP to nic w porownaniu z tym, co odstawiaja Latynosi. Zdazymy sie zdrzemnac a lajba jak stala tak stoi i dopiero przed 16 zmienia sie krajobraz – dookola zielen i co jakis czas mala nadbrzezna wioska. Takie oto widoki czekaja nas przez najblizsze 2 i pol dnia. w nocy nie mamy widokow. W nocy cierpimy na bole kregoslupow spowodowane niewygodna pozycja zwisu hamakowego.

la lancha 1

Lancha w srodku. Kilkanascie hamakow obok siebie a pod nimi torby, plecaki, torby przemytniczki (takie duze co Ruskie kiedys przyjezdzali z nimi handlowac na placach….swoja droga tez taka nabylem), kosze z jedzeniem, butelki wody a przy koncu podrozy nawet….kury i koguty.

Ach jaka to podroz jest.

Co rusz to nowa znajpomosc niczym w filmie „Rejs”. Mamy nawet pana od kultury, magika, lokalna gwiazde cancione romantico w jednym, czyli Oscara, ktory puszcza nam na telewizorze swoje teledyski utrzymane w wizualnej konwencji disco polo. Wieczorem daje nam koncert unplugged, w dzien uczymy go angielskiego.

oscar

Kolega Oscar, nasza gwiazda muzyki latino-romantico w troche brudnych spodniach i raczej nie doprasowanej koszuli…ale wazne ze z paskiem artysty! Nasz 18 letni Oscar byl niezwykle kontent ze ow pasek na fotografii zacnie sie prezentuje.

Posilki skladaja sie z ryzu, wody z rzeki zabarwionej mlekiem oraz z ryzu. Serwuja nam je chlopcy z pomalowanymi paznokciami. Od czasu do czasu ludnosc z lokalnych wiosek podplywa do naszej lajby  swoimi peke-peke i sprzedaje pysznosci. Jemy banany, grillowana rybke rzeczna z patatami. Maniocze kusi sie na kolejny przysmak, czyli szaszlyk z suri, czyli miesistych, pysznych robakow i juz z pelnym brzuchem marzy o kawie (swoja droga ciekawe o czym bedzie marzyl w dzungli). Jest wesolo. Nad ranem pieja koguty, ktore wraz z zolwiami, patatami, jajkami, dwiema swiniami i … tapirem jada w ladowni. Pierwotnie tapir mial byc maskotka przywiazana do schodow, ale go zabrali 😦 Mamy szczescie, bo druga lancha plynie stado bydla, ktore jak to bydlo – trawi i wydala, co rzecz jasna rozsiewa stosowny aromat.

la lancha 2

Lancha na zewnatrz. Jeden z podstawowych produktow zywnosciowych to platanos, zbierane z wiosek po drodze jada do Iquitos. A z nimi ryz, wlosie na szczotki (to to cos brazowe w dolnym, lewym rogu) oraz beczki z benzyna.

Dzieciaki sie nudza. Nudzimy sie i my. Jak sie nie nudzimy to spimy. Do snu szumi nam silnik, bo jakos tak nieswiadomie i nieszczesliwie usadowilismy sie tuz nad nim. Ech, gringos… I tak najpierw rzeka Maranon, a potem Amazonka docieramy do Iquitos…

Tekst-bj, zdjecia i podpisy pod nimi – Krzys

23
Czer
09

La puerta de mi casa y mi corazon estan siempre abierto para ustedes

Podroz to podroz i nie pozwala nam pozostawac zbyt  dlugo w jednym miejscu. Udajemy sie na punkt wypadowy, bo trudno nazwac to przystankiem, do Yurimaguas. Podobno 2 godziny drogi. Za pol godziny nasza camioneta, czyli samochod z napedem na prawdopodobnie cztery kola ma wyruszyc do miejsca, skad bedziemy mogli lodzia zwana tu lancha poplynac do Iquitos.  Pol godziny sie mnozy razy 3, ale odzwyczajamy sie od patrzenia na zegarek, bo jest to tu jak najbardziej bezuzyteczne. Slodki spokoj wiec i wewnetrzne ujarzmienie. Jemy worek pomaranczy, takich zielono-zoltych , wymykajacych sie normom UE. Pan w kaloszach slucha tutejszego iPoda, czyli sredniej wielkosci radyjka zawieszanego na szyi.  Lokujemy sie z bagazami,  workami ryzu i platanow i z… 11 innymi pasazerami na pace. Stopy szukaja miejsca i zaczyna sie niezapomniana jazda. Ze 100 razy zwisamy nad przepascia, dookola gory, doliny, rzeki,  urwiska, wodospady – slowem –  bajkowe widoki.  Nie wiadomo jak dlugo jedziemy, bo co rusz zatrzymujemy sie zeby dostarczyc do sklepu to ryz, to przesylke pod adres prywatny. Tak sobie mkniemy w tym scisku, dziadek, snuje podejrzenia, ze na miejsce dotrzemy o zmroku. Przypuszczenie jest jak najbardziej sluszne. Czas podrozy wydluza sie i wydluza, ale nam to nic a nic nie przeszkadza, bo przeciez z niczym innym sie rownac nie moze  – z zadnym sportem ekstremalnym , gra w Playstation, paleniem blantow. Z niczym. Kierowca pruje przed siebie i nie jest to kierowca brawurowy. Jest to kierowca szalony, co sciga sie z ciezarowkami, wyprzedza je na zakretach (jak juz na drodze pojawia sie jakis pojazd mechaniczny).  Pedzimy tak do pierwszej blokady drogi przez Indian, ktorzy protestuja przeciwko prawu zezwalajacemu na wydobywanie ropy i gazu terenie Amazonii. Dla turystow jest tu na szczescie bezpiecznie. Choc ostatnio w tych okolicach zostalo zabitych okolo 30 Indian i  20 policjantow. Oczywiscie wg danych oficjalnych. Wspolnie ze wspolpasazerami przesiadamy sie do mototaxi, dziadek targuje cene, i tak w 5 osob dotoczymy sie do kolejnej blokady drogi. Krzys jedzie zwisajac z tylu, co oczywiscie go uszczesliwia. Kolejna blokada, potem jeszcze trzecia – najdluzsza. Obskakuja nas dzieciaki i musimy przepychac sie do naszych plecakow.  Idziemy piechota kilometr. Blokada ta tak naprawde jest obozowiskiem Indian, ktorzy zyja tu juz chyba 2gi miesiac.  Sa dumni i uzbrojeni sa w dzidy. Kobiety  o pomalowanych twarzach gotuja i karmia dzieci piersia. 

tarapoto manifestation

Rzad Peru kiedys obiecal swoim ziomalom Indianom mieszkajacym w Dzungli, ze bedzie z nimi konsultowal kazda ewentualna sprzedaz ziem, ktore owi  Indianie zamieszkuja. Ostatnio nie tylko obrazili Indian nazywajac ich ludzmi drugiej kategorii, ale tez zlamali dana obietnice kierujac sie prawem silniejszego. Wielu Indian zostalo zabitych strzalem ze strzelby. Policjanci strzelali w twarze, tak zeby ofiar nie mozna bylo zidentyfikowac, a wiele cial zostalo wrzuconych do rzeki coby piranie zajely sie reszta i nie pozostaly zadne dowody.  Miejscowi gadaja ze wielu policjantow zostalo przed ta akcja przetransportowanych do innych regionow Amazonii  tak aby potencjalne ofiary nie mogly ich rozpoznac. Zgineli Indianie i zgineli policjanci. Wszystko w imie pieniedzy czyli ropodajnych i gazodajnych terenow, ktore rzad Peru sprzedal potentatom z innych krajow.

tarapoto-yurimaguas

 Indianie protestujacy na drodze z Tarapoto do Yurimaguas…

indianie

…i Indianki z dziecmi.

O zmroku docieramy do Yurimaguas. Przewiani i szczesliwi.  A przy tym brudni (nawet Filipek taki brudny z podworka nie przylazi). Instalujemy sie w cwiercgwiazdkowym hostelu, o scianach, ktory nosi slady bytnosci miliona zdziczalych turystow. Nasz pokoj jest skrzyzowaniem celi wieziennej z izba szpitalna. Leci nam z nosow, bola nas uszy.

Yurimaguas jest zupelnie inne od miejsc, w ktorych bylismy wczesniej. Jesli w Limie bylo brudno, to tu jest brudno razy 10. Rano budzimy sie a pod naszymi oknami istne targowisko roznosci. Slimaki o srednicy 15 cm, zywe zolwie, martwe zolwie, lapy pancernika, malpy. Zaopatrujemy sie w czosnek, nacieramy liscmi eukaliptusa i powoli dochodzimy do siebie.  Czas zakupic hamaki, ktore beda nam potrzebne na lanchi.  

yurimaguas mercado

¨Yurimaguas is a quiet, pleasant town little changed in the last decade¨……..tak napisali w przewodniku Lonely Planet. Nie wiem w ktorej czesci jest cicho i milo, w centrum napewno nie. Za to market jest uroczy…

yurimaguas nr2

…naprawde uroczy… (fot. bj)

Wieczorem zapuszczamy sie troche dalej niz w dzikie centrum Yurimaguas. Krzys jak zwykle stroi sobie zarty, albo zwyczajnie ma mnie dosyc i postanawia poszukac mi pracy – zaczepia dziewczyne, ktora odrabia lekcje w domu opatrzonym ogloszeniem necesita muchacha. Zamiast zatrudnienia zostajemy zaproszeni przez 14-letnia Nicole do restauracji na lokalne przysmaki. Oczywiscie korzystamy – jedzenie to wszakze nasza najwieksza milosc. Nicole jest lokalnie i powszechnie znana, bo ma takie piekne francuskie imie. Ponadto jest bardzo po latynosku ekspresywna i wieczor konczy zdaniem jakby zywcem wyciagnietym z telenoweli: La puerta de mi casa y mi corazon estan siempre abierto para ustedes (Drzwi mojego domu i mego serca beda dla was zawsze otwarte).

Tradycyjnie: tekst BJ, zdjecia i podpisy pod zdjeciami – Maniocze

15
Czer
09

Nic nie goni, oprocz biegunki

Truijllo jest bardzo ladnym miasteczkiem i dlatego planowalisy zostac tam dzien dluzej. Ale plany jak to plany lubia ulegac zmianom. A wszystko przez dwoch miejscowych z wybujala fantazja. A bylo to tak:
spacerowalismy sobie wieczorem i zagadalo nas dwoch mlodziencow. Jeden z nich mowil po angielsku i to wlasnie on mogl sie poszczycic niezwykla fantazja. Opowadal jak uczyl salsy w Szwecji na kontrakcie, jak swietnym jest piosenkarzem, lokalnie znanym przez wszystkie dziewczeta, a ponadto studentem medycyny, gdyz medycyne lubi. Poniewaz krazylismy po ulicach w poszukiwaniu miejsca do wypitki, przystalismy na propozycje wspolnego z nimi pisco wypicia, co nastapilo w uroczej mordowni nieopodal rynku (Plaza de Armas). Zlozylismy sie na butelke po 35 soli (nie oddali nam reszty z 40). Zaczelismy weszyc podstep, co Krzys delikatnie podkopywal mnie pod stolem. Podstep weszony byl slusznie, bo juz za chwie uslyszelismy historie,  ze nasz nowy znajomy ma samolot do Ekwadoru jutro rano o 7 i nie wymienil soli na dolary, co go nie urzadza, poniewaz oficjalna waluta Ekwadoru jest dolar wlasnie, a jutro jest niedziela i kantory brutalnie pozamykane , panowie wymieniajacy walute na ulicach maja wolne i czy Krzys nie bylby tak uprzejmy i nie wymienilby mu jego waluty peruwianskiej na niezbednie mu potrzebne 250 $. Na co Krzys, ze nie, ze nie ma przy sobie gotowki, ze karta w hostelu, co zaraz starali sie wybadac jego lokalizacje, co z kolei kazalo nam sklamac. I tak od rzemyczka do kamyczka nagle jego samolot do Ekwadowru opuszcza ziemie peruwianskie pozniej i juz ustawia sie z Krzysiem w poludnie na placyku, aby sie do bankomatu udac. Spieprzemy co sil w nogach zostawiajac niedopita butelczyne  i jakos nie mamy smialosci, zeby sie za siebie ogladnac.

Rano jemy sniadanko i udajemy sie na parada del autobus korzystajac z pokretnych wskazowek miejscowych.  I oczywiscie idac okrezna droga musielismy spotkac naszych cwanych zajomych, znajdujac sie przez pomylke w umowionym miejscu dokladnie o ustalonej godzinie. Krzys natenczas wciska kit, ze szukamy tanszego hostelu i bedziemy z powrotem za 30 min, po czym natychmiast dreptamy na autobus do Chiclayo, gdzie znowu beda na nas czekli zli ludzie… ale o tym pozniej… Na dworcu oprocz standardowej procedury przeszukania wykrywaczem metalu  na okolicznosc posiadania broni, podobnie jak inni pasazerowie musimy zostawic swoje odciski palcow. Zabawa dopiero sie zaczyna…

chiclayo

Tu pracuje kazdy. Babcie, dziadki, ludzie bez nog i rak. Slepi i glusi. Dzieciaki osmioletnie czyszcza buty albo sprzedaja orzeszki w malych paczuszkach za sola (czyli zlotowke) ktore wczesniej po hurtowej cenie zakupili w supermarkecie. Babcie takie jak ta sprzedaja fajki albo cukierki.

Podroz trwa ok. 13 h i oto jestesmy w Chiclayo, bardziej na polnoc od Truijllo, ktore z kolei lezy na polnoc od Limy, co oznacza, ze kierujemy sie na polnoc. W nowym miejscu postanawiamy nie isc za rada Lonely Planet i sami do upadlego szukamy noclegu. Krzys rozwija swoje zdolnosci negocjatorskie – i tak mamy przyjemny pokoik po obnizonej cenie.

Bedziemy tu 3 dni i przez ten czas nieustannie beziemy sie gubic.  Nastepuja tu dramatyczne wydarzenia – gdy spokojnie stoje sobie na ulicy podjedza do mnie mototaxi (skrzyzowanie motoru z riksza) i czuje obecnosc cudzej reki w  kieszeni. Skonczylo sie szczesliwie, bo w posiadaniu mialam jedynie tabletki przeciwbolowe. Robimy sie bardziej ostrozni.

Najwspanialsza rzecza w Chiclayo jest tamtejszy targ, noszacy dumnie brzmiaca nazwe Mercado Modelo.  To ogromny placy, gdzie mozna najesc sie do syta (6 soli za  picku + zupe z ryby + 2gie danie, ale nie mozna patrzec pod nogi), ogolic leb + zarost na pysku za 4 sole, sprobowac suszonej ryby, dostac calusa od sprzedawcy korali, kupic swieze miesko, pogawedzic z ludzmi i skorzystac z uslug czarownikow, ktorzy trudnia sie rowniez sprzedaza ziol. To miejsce wciaga i spedzamy tam pol dnia.

Zdaje sie, ze Chiclayo i Truijllo sa zaglebiem obuwniczym, niczym polska Olesnica – mozna tu dostac wszytkie marki butow – zwlaszcza dla mezczyzn.

W punkcie ksero poznajemy staruszke, ktora wspolczesna historie Europy Srodkowo-wschodniej zna lepiej niz my oboje wzieci do kupy. Prowadzi nas do swojego znajomego Alfonso, ktory pracuje w biurze podrozy. Wykupujemy wycieczke i juz na nastepny dzien ogladamy grobowce Señor de Sipan i jego swity, wykopaliska , muzeum. Wspinamy sie na gorke skad roztacza sie widok na piramidy bedace jednoczesnie wykopaliskami oraz na nieznane nam dotad ptaszyny. Biuro podrozy zabiera nas na lunch  (polecana restauracja z nakrytym juz stolem – 15 soli za danie). Grzecznie dziekujemy i idziemy za miejscowymi (3.5 sola za obiadek). Z busa delikatnie i turystycznie rzucamy okiem na pola ryzowe i trzciny cukrowej (caña de azucar). Te ostatna mozna kupic na ulicy pocieta na male krazki, ktore sie przezuwa i wysysa slodki sok, a lykowate pozostalosci wypluwa na chodnik. Jedziemy jeszcze do muzeum w Lambayeque, gdzie podziwiamy eksponaty wydobyte z piramid w Sipan. Jest tam duzo zlota i duzo kosci. Czesc eksponatow znajduje sie w posiadaniu miejscowej ludnosci, ktora zajmowala sie pladrowaniem wykopalisk, zanim jeszcze archeologownie mieli szanse o nich uslyszec. Teraz w wiekowych flakonach trzymaja kwiatki zerwane w ogrodku… Po wycieczce padamy na pyski.

lambayeque

Drodzy chlopcy archeolodzy, Darku i Berni, specjalnie dla Was…

Czas ruszac w strone dzungli – do Moyobamba. Kolejny przewoznik – kolejne procedury bezpieczenstwa. Tym razem nagrywaja nasze pyski. Jedziemy w nocy, ok. 14 h po gorzystych terenach i serpentyniastych drogach. Krzys przycina komara przez cala droge i kontynuuje sen przez caly kolejny dzien. Mieszkamy w przyjemnej hospedaje – jest czysto, pokoj ma w oknach kraty, nie ma szyb, jest zimna woda pod prysznicem i … za oknem szumi  nam palma kokosowa.

Gdy Krzys dochodzi do siebie udajemy sie przy pomocy mototaxi do lazni termalnych (baños termales de San Mateo). Wstep kosztuje 1,5 sola ode lba. Jest sielankowo, goraco, z basenu rozciaga sie widok na wzgorze porosniete tropikalna roslinnoscia. Plywamy, wygrzewamy sie, chlodzimy zimna woda, wlazimy do cieplej i tak przez caly dzien. Baños termales sa miejscem przede wszytkim dla miejscowych i w sumie nie wiadomo dlaczego, bo milo tu i ladnie.

banos termales

Baños Termales. Najwyzsza temperatura to 43 stopnie, potem 42 i 36 i w koncu zimna woda dla ochlody prosto z gor…

Wracamy do bazy z miejscowymi dzieciakami, Krzys po drodze spozywa kurze lapki z grilla i inne lokalne pysznosci, co wprowadza go w stan ogolnego zadowlenia. Pod nasza hospedaje poznajemy 24-letnia dziewczyne, ktora od 4 lat sama podrozuje po Ameryce Pd. i trudni sie rekodzielnictwem.  Widac mozna tak zyc.

on the way

On the way…Miejscowy macho niesie swoj przyszly rosol a madry kon w przeciwienstwie do mnie idzie prosto i nie wywala sie na blotnistej drodze…

W Moyabamba spotykamy najsympatyczniejszych jak dotad ludzi  – moze to wplyw malego miasteczka. Nikt nie probuje nas oszukac, dziewczyna co wyciska sok z owocow na ulicy odprowadza nas z wlasnej inicjatywy na dworzec autobusowy. A sok jest pyszny. I zdrowy i na twarz dobrze dziala.

W Moyabamba mozna kupic pyszne alkohole – likiery z owocow, ziol i zwierzat.  Degustujemy kilka kieliszeczkow, w tym winko z wyciagiem z weza, ktore to ma utrzymac mezczyzne w ciaglym przyplywie sil witalnych i zapewnic udane fugi-fugi. Zobaczymy…

maniocze

manioCHE z miejscowym afrodyzjakiem w dloniach (czyli wezem trzymanym w slodkim winie z trzciny cukrowej) i takoz w tle z butelczynami przyzwoitego lokalnego napitku…

yaslan

…i yaslan juz z prawie dzungla w tle…

Na nastepny dzien fiesta z okazji Corpus Christi. Gastronomiczne swieto raczej, bo spodziewalismy sie procesji zakapturzonych wiernych. A tu stoiska z zarciem, likierami, wata cukrowa i swinkami morskimi (cuyes).  Do tego przygrywaja dziadkowie. I chyba tylko oni niczego nie przezuwaja.

moj pierwszy raz[1]........cuy

Moj pierwszy raz….czyli cuy (kuj) czyli swinka morska smazona na grillu. Smakuje calkiem niezle. Delikatne miesko z chrupiaca spieczona skorka. Taki troche swiniokurczak. Gdybym nie widzial to bym nie wiedzial…

 

san juans noche

…i cala masa innego zarcia. Smazone kurze nozki, grilowane serca byka, wszelkiej masci hamburgery made in Peru oraz slodkosci w postaci ciast, ciasteczek, tortow oraz czegos takiego przypominajacego wloskie zabajone. Wszystko z okazji Corpus Christi czyli Bozego Ciala.

tarapoto

Tarapoto. Zdjecie zrobione gdzies jak zwykle obok…budek z jedzeniem.

Tekst Bozenka, zdjecia i tekst pod zdeciami Krzys

07
Czer
09

Gastronomicznie jest

Dotarlismy. Z malym poslizgiem w Wenezueli, ktora ma piekne wybrzeze, co z samolotu ogladam wciskajac glowe miedzy okno a fotel. Na lotnisku w Limie okazuje sie, ze nie wypelnilismy jakis papierow, wiec zanim przechodzimy przez bramki przez megafon wywoluja „Jaslan i Maniocze”. Z lotniska przy pomocy policjanta bierzemy taryfe. Taksowkarz wrecza policjantowi lapowke i zaden z nich sie z tym nie kryje. Docieramy do naszego uroczego hostelu i placimy za taksowke 3 x wiecej niz powinnismy, ale o tym dowiadujemy sie juz po czasie.

Mamy pokoj z lazienka, jest nawet podobno ciepla woda. W kazdym razie jest prad, ktory kopie mnie przy zakrecaniu kurka. Mieszkamy w dzielnicy Breña, sasiadujacej z centrum Limy.

the american influence 

Wplyw USA jest dosc znaczny. Na kazdym kroku  to widac. Zuzyte amerykanskie samochody, reklamy Pepsi, Mc. Donalda  a takze symbole w postaci flag Gringolandii.

Rano wyruszamy posilic sie i tak posilamy sie do poznego wieczora korzystajac z ulicznych straganow. Na sniadanie jemy jajka z ostrym sosem i zapijamy jakims takim cieplym sokiem z niewiadomoczego. Oszolomieni zostajemy zaprowadzeni do centrum przez Limanke, ktora lapie mnie za reke, cobym nie wpakowala sie pod samochody. Na pozegnanie dostajemy po buziaku.

Po ulicach jezdzi wszytko co dalo sie wyklepac. Podejrzewam, ze mogly byc wczesniej sprasowane i wyklepane tak ze 2 razy nawet. Poza tym prawdopodobnie nie istnieja tu zadne przepisy ruchu drogowego, a bezpieczenstwo zapewnia uzycie klaksonu. Odpowiednim slowem byloby jednak naduzycie, bo cisza nie nastaje NIGDY. Jest brudno i glosno. Meczy nas jetlag wiec wracamy na drzemke. Po drodze oczywiscie MUSIMY cos zjesc. Pada na papa rellena – kotlety ziemniaczane nadziewane miesem i cebulka, polane ostrym sosem i majonezem. a podane w eleganckim worku wraz z surowka przyprawiona sokiem z limony. Calosc za 1 sola (ok. 1 zl). Nie jestesmy glodni, ale nie dajemy rady sobie odmowic i jemy po 2.

Ludzie na ulicy i policjanci sa mili i pomocni. Polska kojarzy sie im glownie z papiezem i Solidarnoscia. W pierwszy dzien samodzielnie buduje po hiszpansku jedno zdanie, podczas gdy Krzys produkuje ich jakis tysiac.

Poniewaz jest to dzien gastronomiczny, znowu idziemy cos zjesc, a potem na kawe do Hotelu Grand Bolivar, ktory znajduje sie w zabytkowej czesci Limy.  Krzysku uczy mnie kolejnych zdan po hiszp, dzieki czemu moge samodzielnie udac sie do toalety. Stapam po czerwonym dywanie, jest tu z 10 sal balowych, wewnetrzny teatr, wszytko w drewnie i marmurze. Bogactwo i przepych.  Jestem gotowa uwierzyc, ze drzwi do toalety zrobione sa ze zlota. Lazimy jeszcze troche po Plaza das Armas (taki odpowiednik rynku) , a w drodze powrotnej wypijamy po pysznym drinku pisco sour. Na ulicach jescze glosniej niz w dzien. Nie mamy pojecia, skad tu nagle tyle ludzi.

W piatek wstajemy z ambitnym planem udania sie piechota nad ocean, po drodze jemy cieplutkie empanadas – bulkowe pierozki nadziewane kurczakiem i cebulka.  Plan sie rozsypuje po godznie marszu, gdy krajobraz robi sie coraz bardziej przemyslowy. Sympatyczny pan lapie dla nas autobus, ktorym jedziemy do dzielnicy La Punta, o ktorej nie ma ani slowa w przewodniku Lonely Planet. Tu zmieniam swoje zdanie o Limie. Jest cicho, spokojnie, czysto, spacerowo. Po prostu pieknie. Mnostwo tu ptakow, pelikanow i takich niby labedzi. Krzysku podrywany jest przez dziewczyny, ktore czestuja go rumem i wolaja:  !Hey guapo!  I´m crazy for you!

lima la punta 

Lima, Lima a pogody ni ma. La Punta nazwe ktora pani B. myli z La Puta, dobrze ze nie glosno bo puta to skrot od prostituta a prostituta to po polsku wiadomo co…
La Punta, fajny cypelek, spokojny, czysty, troche turystyczny ale ladny, szkoda ze pierwsze dni bezsloneczne.

Z La Punty jedziemy busem na Miraflores, ktora okzuje sie byc posh dzielnica, gdzie nie ma ani sladu brudu czy biedy, za to pelno jest amerykanskich turystow. Ceny wyzsze jakies 5x.  Zapalamy w kosciele po swieczce i uciekamy do Breñi. 

lima miraflores la iglesia 

La Iglesia czyli kosciol. Tu w kosciolach ludzie roznokolorowe swieczki pala a kolory swieczek oznaczaja ich intencje. Pani co swieczki sprzedaje mowi ze kolorow jest dziewiec.  
I tak:
– zielone: Dobra Prace albo w ogole Prace
– biale: Pokoj
– czerwone: generalnie Milosc
– blekitny: dla Marii Dziewicy
– zolty: Zdrowie
– niebieski: o dobry osad ( pani wyjasnila,  ze czesto sa kupowane i palone przez wszelkiej masci rzezimieszkow co to wkrotce beda sadzeni za wszelkiej masci swe zle czyny)
– pomaranczowy: Szkola, Studia
– rozowy: Zgoda w Rodzinie
– fioletowy: dla Chrystusa Pana
Sami zobaczcie jakich kolorow najwiecej 😉

 

on the way to Trujillo

On the way to Trujillo. Siedzimy, jedziemy, spimy, jemy… i tak 10 godzin. Skarpetki sie wietrza, deszcz pada a my jedziemy na polnoc. Coraz blizej dzungli 🙂

O 23 wsiadamy w autobus z Limy do Trujillo.  Chcemy sie wyspac a tu niespodzianka. Przymusowe ogladanie amerykanskiej komedii. Siedzimy pod glosnikiem. Na miejscu jestesmy o 9 rano, instalujemy sie w hostelu, bierzemy prysznic i juz za chwile jestesmy gotowi smakowac lokalnych specjalow. Trafiamy do skromnie wygladajacej cevicheria, gdzie zamawiamy ceviche mixto – rybka i owoce morza w sosie z limonek, zupke w podobnym skladzie oraz chiche morada. Gdy przychodzi kelnerka opadaja nam szczeki. Gdy zaczynamy jesc nie mozemy przestac. Czegos takiego nie widzialy oczy moje  ani podniebienie me nie mialo szansy poczuc. Jest tam wszystko: krewetki, kalmary, biala swieza rybka, kraby, rozne rodzaje malz, do tego ugotowane warzywa, prazona kukurydza oraz takowaz ugotowana rowniez. Jedna porcja starczylaby spokojnie na 2-3 osoby. Za calosc zaplacilismy 33 sole, co w Polsce musialoby dostac jeszcze zero na koncu. 

 

To tyle na teraz. Musimy uciekac. Budki z jedzeniem czekaja.

Tekst Bozenka, zdjecia i tekst pod zdeciami Krzys

27
Maj
09

co przed wyprawą?

Przed wyprawą należy zaopatrzyć się w scyzoryk. Obcinacz do paznokci.  A oprócz tego wykonać niezbędne szczepienia i generalnie sprawdzić czy organizm nadaje się do targania na inny kontynent.

Szczepionki zrobiły nam przemiłe panie  w Sanepidzie we Wrocławiu: http://www.wsse.wroc.pl/wsse/index1024.htm

Koszt kilku wkłuć w różne części ciała:

  • żółta gorączka – 155 PLN
  • dur brzuszny – 183 PLN
  • tężec+błonnica – 16 PLN
  • WZW A+B – ok. 160 PLN jedna dawka (w innym punkcie szczepień).

Czynne:
pn-pt 8-14 (przerwa ok.11).

W ramach szczepień zostaliśmy obdarowani „żółta książeczką” WHO, która ma nas chronić przed policją turystyczną i innymi organami dysponującymi władzą. Tu pojawia się przestroga: mężczyzn w wieku produkcyjnym, nie posiadających małżonki prosimy o uposażenie się w doby humor na okoliczność wizyty we wrocławiskim oddziale wsse. Jedna z pielęgniarek prezentowała postawę pedagogiczną i za cel obrała sobie wybadanie motywacji Krzyśka: Co bawić się pan będzie? Życie niech se pan lepiej ułoży, bo mój syn to tydzień temu ślub wziął. Dziewczyna z podstawówki go na n-k znalazła.  To dobry chłopak. A pan co? Długo się tak pan rozrywkom będzie oddawał? W każdym razie wkłucia wniosły ze sobą mniej jadu niż uwagi pielęgniarki.

Z leków oprócz uświęconego Paractamolu od bólu głowy (i gorączki denga) zabieramy kilka opakowań doxycykliny, która objawowo leczy malarię (1 tabl. co 12 h) w momencie pojawienia się symptomów choroby. 

Bożenka

26
Maj
09

Łatwe trudnego początki?

A więc jedziemy! Jaślan i Maniocha wybierają sie na wycieczkę. I rozpoczęli odliczanie (7 dni).

Logistycznie sprawa wygląda następująco:

  • 31 maj – Jaślan udaje się z Wrocławia do Dublina celem wyrzucenia połowy zawartości plecaka do kawalerskiej szafy Krzyśka (po co ci 2 pary spodenek?)
  • 2 czerwiec – w zamiarach wykupienie polisy
  • 3 czerwiec – o świtaniu udajemy się na autobus na lotnisko, na lot Dublin – Frankfurt, potem Frankfurt – Caracas, następnie Caracas – Lima (16 h żywego lotu)
  • jak już wylądujemy, następują 2 dni w stolicy Peru a potem realizacja planu, czyli udajemy się na WSCHÓD, czyli pełna improwizacja.



Grudzień 2018
Pon W Śr C Pt S N
« Paźdź    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Grudzień 2018
Pon W Śr C Pt S N
« Paźdź    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  
Reklamy